Nie Tak Dawno Temu

    blog historyczny

    Czerwiec-Pozmań1956

    Nawiążę do poprzedniego cyklu „Ludzi zwyczajnie niezwyczajnych”, bo – w pewnym sensie – ten człowiek zachował się w stosunku do mnie  całkiem niezwyczajnie.

    A w ogóle to niezwyczajna była nasza znajomość.

    We wczesnych latach 60. wracałam z Wrocławia ze służbowej, TPD-owskiej „inspekcji” przeprowadzonej w domu kandydatów na rodziców adopcyjnych. Poszłam do wagonu restauracyjnego na małe co nieco. Nie było wolnych miejsc. A właściwie jedno, ale przy stoliku zajętym przez kilku, bardzo ożywionych rozmową i alkoholem panów. Z pewną (uzasadnioną)  nieśmiałością zapytałam czy mogę się przysiąść, obiecując, że szybciutko zjem owo co nieco i sobie pójdę. Panowie okazali się gentelmanami i nie tylko pozwolili, abym usiadła przy ich stoliku, ale zafundowali mi obiad, na który mnie – wówczas studentkę – na pewno nie byłoby stać. Okazało się, że wracają z NRD, gdzie sędziowali polsko – niemiecki mecz bokserski. Wykazałam się znajomością sportu, ze szczególnym uwzględnieniem boksu i dzięki temu dalszy ciąg podróży okazał się konwersacyjnie bardzo przyjemny. Kiedy wstałam, aby wrócić do przedziału jeden z panów ofiarował mi swoją wizytówkę. Wrzuciłam ja do torebki w przeświadczeniu, że nigdy i do niczego nie okaże mi się przydatna.

    Minęło chyba z dziesięć lat, kiedy spotkaliśmy się – też przypadkiem – po raz dugi. A po kilku następnych latach raz jeszcze. Pracowałam wówczas w PZWL, w redakcji „Twojego Dziecka”. Ów spoptkany przeze mnie już dwukrotnie pan – w cenzurze na ulicy Mysiej. Pełnił tam dość wysoką funkcję.

    Chodząc co miesiąc z numerem „Twojego Dziecka” po pieczątkę zezwalającą na druk miesięcznika wstępowałam czasem do jego gabinetu. Nie bezinteresownie. Pan N. obdarzał mnie najrozmaitszymi, bezcennymi wydawnictwami, które nie zostały dopuszczone na rynek księgarski ze względów cenzuralnych. Kiedyś otrzymałam od niego zbiór dokumentów na temat poznańskiego Czerwca. I to on podsunął mi myśl, abym któryś z tych czerwcowo-poznańskich wątków sfabularyzowała. Tak zrobiłam. W swojej książce, zatytułowanej „Tej zimy, tej wiosny…” umieściłam też kilka autentycznych wywiadów znajdujących się w ofiarowanych mi dokumentach.

    Prezentując wyimki książki chiałabym zamieścić trzy rozmowy (wywiady) przeprowadzone z uczestnikami wydarzeń poznańskich z czerwca 1956 roku. Tak naprawdę przeprowadzał je nieznany mi z nazwiska dziennikarz (?). W mojej książce – młoda dziennikarka, bratowa głównej  bohaterki.

    Na początek zamieszczam wywiad z młodym milicjantem, który brał udział w tłumieniu poznańskiego buntu. Następnie kobiety – która relacjonuje swoje przeżycia z tamtego dnia.

    Książkę złożyłam w „Czytelniku”. Miała przychylne recenzje, ale z góry było wiadomo,  że przez cenzurę  nie przejdzie. Została więc jednym z bardzo wielu półkowników. Mój znajomy z cenzury na Mysiej starał się, aby ją z półki wydobyć. Były niewielkie szanse. Kiedy umarł – nagle i w wieku 54 lat – szans nie było w ogóle. Teraz wiec publikuję fragmenty po raz pierwszy publicznie.

     

     W czerwcu `56 roku rozmówca nieznanego mi dziennikarza(?) miał 23 lata i wypadki  - jak określał 28 czerwca – zaskoczyły go w dzielnicowym komisariacie.

     ”- Bał się pan?

    - Na początku nie. Do południa wszystko rozgrywało sie w centrum miasta. Myśmy siedzieli u siebie, na peryferiach i wysłuchiwali komunikatów i rozkazów. Myśleliśmy, właściwie byliśmy pewni, że  n a s i  do wieczora dadzą sobie z tym wszystkim radę.

    - Mówi pan „nasi”. Czym byli wobec tego dla pana demonstranci?

    - Nie byli „nasi”. Tak jak ja nie byłem „swój” dla tych z ulicy.

    - To chyba zależało jednak od pana. Robotnicy, czy jak pan mówi „ci z ulicy” wiwatowali przecież na cześć żołnierzy, którzy przechodzili na ich stronę.

    - Sam pan mówi – „przechodzili”. Czyli od razu nie byli po tamtej stronie. Żeby być „swoimi” musieli zmienić orientację.

    - Pan nie miał ochoty, pokusy, potrzeby żeby ją zmienić?

    - Nie.

    - Ani przez chwilę?

    - Ani przez chwilę.

    - Ale dlaczego? Nie zgadzał sie pan z celami, jakie mieli „ci z ulicy”?

    - Nie interesowały mnie ich cele.

    - Były niesłuszne? Nierealne?

    - Nie o to chodzi. Milicjanta nie obchodzą cele kogoś, kto popełnia wykroczenie czy przestępstwo. Ocena czy to było zachowanie usprawiedliwione jakimiś celami należy nie do milicjanta ale do sądu.

    - „Ci z ulicy”, idąc w pochodzie pod gmach Urzędu Bezpieczeństwa nie dopuścili się żadnego wykroczenia ani przestępstwa.

    - Owszem, dopuścili się. To była nielegalna manifestacja. Samo jej zorganizowanie było wykroczeniem.

    - Każda manifestacja, poza pierwszomajową, byłaby nielegalna. W jaki więc sposób robotnicy mogli zaprotestować w sposób zgodny z prawem?

    - Nie wiem. Takie rozważania nie należą do milicjanta.

    - To prawda, ale w samej nazwie jest przymiotnik „obywatelska”. Milicja obywatelska. Czy więc w sporze obywatele-władza nie powinna opowiedzieć się za obywatelami?

    - Może i powinna, ale obywatele nie wypłacą milicjantowi pensji na pierwszego.

    - Wróćmy do poprzedniego pytania: czy i kiedy zaczął się pan bać?

    - Informacje, jakie do nas docierały nie były… hm… krzepiące. Sytuacja rozwijała się w niepożądanym dla nas kierunku. Wiedzieliśmy co się dzieje na Kochanowskiego. Wiedzieliśmy, że „ci ludzie” zdobyli broń, że atakują śródmiejskie komisariaty.

    - Otrzymaliście instrukcje co robić?

    - Instrukcje? Sami rozumieliśmy, że trzeba być przygotowanym na wszystko. Najgorsze…

    - Ilu was było?

    - Milicjantów? Sześciu. Potem doszli dwaj koledzy, którzy nie zdołali dotrzeć do swoich posterunków.

    - Sami mundurowi?

    - Nie. Była sprzątaczka i sekretarka. Nie. Sekretarka poszła wcześniej do domu. Ta druga kobieta to była… No, nieważne… Pracownica. I był jeszcze aresztant. Taki pijaczek, którego poprzedniego dnia zgarnęliśmy.

    - Nie wypuściliście go?

    - No nie. Bo pijaczki to najgorliwsi patrioci. Ten na pewno zaraz by ruszył do boju pod biało-czerwonym sztandarem.

    - Wielu podobnych do niego „patriotów” było wśród tych „z ulicy”?

    - Bardzo dużo. Bo kto idzie na taka rozróbę? Trzeba być dobrze napitym, żeby ryzykować.

    - Wtedy szli robotnicy z „Cegielskiego”.

    - Akurat. Jakby wyłowić tylko tych, którzy rzeczywiście chcieli spokojnie przejść ulicą i pomachać sztandarem to – zaręczam -  nie byłby to liczny pochód.

    - A wiedzieliście, że niektórzy żołnierze walczą po stronie „tych z ulicy”?

    - Sądziliśmy, że to plotki.

    - Tak trudno było w to uwierzyć?

    - No, trudno. Bo za taki numer idzie się pod sąd polowy. Żartów nie ma.

    - I były sądy polowe?

    - Nie wiem.

    - Kiedy zaatakowano wasz komisariat?

    - Po raz pierwszy? Dochodziła trzecia.

     - Atakujący byli uzbrojeni?

    - Słabo. Ale przede wszystkim – nie byli wyszkoleni. No i zupełnie niezorganizowani.

    - Ktoś został ranny?

    - U nich? Kilku. Myśmy po prostu celniej strzelali.

    - No i korzystali z osłony murów komisariatu. Solidnych.

    - To też.

    - Szanse więc były nierówne.

    - No, były nierówne. Ale to o n i mieli większe. Tyle, że nie umieli tego wykorzystać.

    - Wy, będąc na  i c h  miejscu, spisalibyście się lepiej?

    -No pewnie. O n i  zbyt szybko zrezygnowali.

    - Ale potem wrócili…

    -Nie wiem czy to byli ci sami. Kilku rozpoznaliśmy. Jeden miał taką rudą kurtkę. I dobrze strzelał. Nie można go było… No, unieszkodliwić.

    - To dość eufemistyczne określenie.

    - Ale wiemy o co chodzi.

    -Nie miałby pan wyrzutów sumienia, gdyby udało się go … unieszkodliwić?

    - Nie.

    - Żadnych?

    - A on by miał, gdyby mnie unieszkodliwił?

    - Wiedzieliście już o tym, co spotkało Izdebnego?

    - Tak. I z innymi kolegami, którzy wpadli w łapy tłumu. Nie obchodzono się z nimi lepiej niż z Izdebnym. Nawet rannych nie oszczędzano.

    - To nieprawda. W punktach sanitarnych opatrywano rannych milicjantów tak samo jak demonstrantów.

    - Może. Jeśli trafili żywi do tego punktu.

    - A ten drugi atak na wasz komisariat? Też zdołaliście odeprzeć?

    - Tak, ale było trudniej.

    - „Ci z ulicy” byli lepiej wyszkoleni? Zorganizowani?

    - Powiedziałbym – bardziej rozwścieczeni. Po Izdebnym bardzo im nasza krew zapachniała.

    - A gdybyście się poddali?

    - Żart? Widzieliśmy przez okna latarnie. Nikt z nas nie miał ochoty na nich zadyndać.

    - Myśli pan, że to by was spotkało?

    - Nie mieliśmy ochoty eksperymentować.

    - I wtedy pan sie bał?

    - Tak, wtedy się bałem.

    - A co było po Czerwcu? Wiem, że zmienił pan zawód.

    - Nie od razu. Ale potem tak. Studia zaoczne. Zmieniłem zawód. I pracę.”

     

    Nagrane na taśmę magnetofonowa wspomnienia mieszkanki Poznania. Czas – czerwiec !956 roku. Wspomnienia zamieściłam w mojej książce jako rozmowę pomiędzy reporterką i właścicielką kwatery, w której zamieszkała.

    - Wtedy, czyli w czerwcu ’56 roku, mieszkała pani w tym właśnie mieszkaniu?

    - Tak. Mieszkam tu od 1940 roku.

    - Z okien musiała pani wszystko doskonale widzieć…

    - O, tak. Widziałam. Bo właśnie pod moimi oknami szli pod gmach UB.

    - Robotnicy?

    - Na początku robotnicy. A potem to już normalni… Czyli zwyczajni ludzie…

    - I co pani sobie pomyślała, gdy patrzyła na ten pochód?

    - Pomyślałam, że to musi być uzgodnione… No, z władzami. Bo nieśli flagi, transparent. Tak, jak to na pochodach. Tylko zdziwiłam się, że nic nie napisali w gazetach. Ani nie powiedzieli o tym pochodzie przez radio. Że będzie.

    - A potem?

    - Okno było otwarte i usłyszałam okrzyki. I wtedy przestałam rozumieć o co chodzi. Bo oni krzyczeli…

    - Co krzyczeli?

    - No, takie rzeczy, że normalnie strach było słuchać. Okropnie się przestraszyłam i zamknęłam okno.

    - I już pani nie słyszała?

    - A gdzie tam… Słyszałam. Bardzo głośno krzyczeli. Na ustrój… Na samego Cyrankiewicza… Nie do wyobrażenia…

    - I co pani robiła?

    - Usiadłam na krześle. I bałam się.

    - Czego?

    - Bo ja wiem? Że wojna z tego będzie.

    - I już nie otworzyła pani okna?

    - Otworzyłam.

    - Kiedy?

    - Trwało to jakiś czas. Ci, którzy poszli pod UB – to niedaleko stąd, zaraz za rogiem – stali tam. Cały wielki tłum. Krzyczeli. Śpiewali. Ale w końcu ich rozgonili. Widziałam jak nadjechały czołgi, czy jak to sie po wojskowemu nazywa. I samochody ciężarowe z milicją i wojskiem. Usłyszałam strzały. I wtedy ludzie zaczęli biec. Ale już w drugą stronę. Czyli z powrotem.

    - Udało im się uciec?

    - Nie wszystkim. Jeden mężczyzna upadł pod moim domem. Myślałam, że się potknął. Ale widzę – krew na ziemi. Taka wielka kałuża. Aż mi się niedobrze zrobiło. Jedna sąsiadka, ona mieszka piętro wyżej, wyszła przed bramę. Zobaczyła mnie w oknie i zaczęła kiwać do mnie i coś wołała. No to otworzyłam okno.

    - Chciała, żeby pani jej pomogła?

    - Mówiła, że trzeba go szybko zabrać, bo milicjanci go dobiją. I żeby do mnie, bo najbliżej. No bo parter

    - Zgodziła się pani?

    - Tak, ale wstyd się teraz przyznać. Wie pani, co sobie pomyślałam? „Jezu, zabrudzi mi dywan i łóżko, a plamy z krwi są takie trudne do wywabienia”. Bo ja niedawno kupiłam dywan. Jasny był, plamisty. Szkoda mi go było.

    - Przynieśli go do pani?

    - Tak, ale okazało się, że można go było zostawić na ulicy. Nie trzeba było go dobijać. Dostał o tu… Prościutko w głowę.

    - I coście z tym zabitym zrobili?

    - Zaraz przyszedł doktor. Też sąsiad. Popatrzył i zamknął nieboszczykowo oczy. Potem wyjął mu z kieszeni dokumenty, żeby zobaczyć jak się nazywa, gdzie mieszka.

    -Pamięta pani jego nazwisko?

    -Tak. Tyle lat minęło… A ja pamiętam. Nawet imię. Stanisław. To był młody człowiek. Miał dwadzieścia jeden lat.

    - Co się stało ze zwłokami?

    - Leżały na moim łóżku. No bo nie było po co wzywać pogotowia. Uradziliśmy, żeby zawiadomić rodzinę. W dowodzie był adres.

    - Kto poszedł?

    - Syn naszego dozorcy. Miał wtedy z dziesięć lat. Ale to był sprytny chłopaczek. Od razu pobiegł.

    - Znalazł kogoś?

    - Nie było go ze dwie godziny, ale wrócił. Z matką tego chłopaka. I to dopiero było najstraszniejsze. Ona… Ta matka… Nie powiedziała słowa. Spojrzała i uklękła… O tu, obok łóżka.

    - Niech pani nie płacze.

    - Jakoś tak mi się zebrało… To było dziwne. Bo ja się mniej przeraziłam, jak go zabili. I dopiero jak ta matka tu weszła… Jakbym wtedy zrozumiała co się dzieje… Co się stało.

    - I co? Zabrali go?

    - Jak mogli zabrać? Wtedy to już była taka strzelanina, że strach. Ludzie zdobyli broń. Niedaleko, o za tamtym domem, zbudowali barykadę. Z czego się dało. A u nas, w naszym domu, wleźli na dach i stamtąd strzelali do milicjantów. Ja dałam prześcieradło, nakryliśmy nieboszczyka i tak sobie leżał na tym moim łóżku. Ale niedługo poleżał.

    - Dlaczego niedługo?

    - Bo zaczęli przynosić następnych. Najpierw do mnie, a potem do sąsiadki. Lekarz powiedział, żeby na białym ręczniku narysować czerwony krzyż i wywiesić w oknie. Próbowałyśmy przekrojonym burakiem, ale nie wyszło. No to… Teraz to mnie ciarki przechodzą, ale wtedy to człowiek był w takim szoku… No to, żeśmy wymalowały ten krzyż krwią. Rannego. No i od wtedy już było wiadomo, gdzie tych biedaków przynieść

    - Dużo ich było? Tych biedaków.

    -Strach, jak dużo. Niektórzy tacy młodzi, całkiem dzieciaki jeszcze. Ludzie z naszego domu i sąsiednich przynosili, co kto miał: watę, bandaże, wodę utleniona, jodynę. Prześcieradła. Obrusy nawet. Przyszła i pielęgniarka. Szła ulicą, chciała dotrzeć do swojego szpitala, ale zobaczyła ten mój ręcznik, no to zajrzała. I została. A krwi to było tyle, żeśmy chodzili po czerwonej podłodze. Ścierałam ja, a szmaty prałam w wannie… Woda robiła się czerwona. Ja nie wiem, jak można to było wytrzymać. Jak ja to wytrzymałam.

    - Byli ciężko ranni?

    - Byli. Jeden dostał postrzał w brzuch. Lekarz powiedział, że nic nie poradzi, że trzeba do szpitala. No, ale jak do szpitala? Syn dozorcy poleciał szukać karetki. Jeździły po ulicach i zbierały rannych. Ale żadnej w pobliżu nie było. Więc przyprowadził taksówkę. Kierowca wszedł, popatrzył i powiedział, że do szpitala nikogo nie zawiezie. Chcieliśmy wiedzieć dlaczego. A on na to, że ubecy chodzą po szpitalach, zabierają rannych. Gdzie? No przecież nie tam i nie po to, żeby ich wykurować. Więc lekarze szpitalni radzą, żeby rannych melinować w prywatnych mieszkaniach.

    - No i ?Co z tym rannym w brzuch?   

    - Nasz lekarz powiedział, że trudno, trzeba zaryzykować, bo w domu nie ma dla tego chłopaka ratunku. Podał adres szpitala na peryferiach. Miał tam swojego znajomego. Liczył, że jakoś się uda.

    - A co z tymi, którzy zostali?

    - Nic. Leżeli na podłodze. A raczej na tym moim dywanie. Niektórzy, jak ich opatrzono, docucono to od razu chcieli znowu na ulicę. Strasznie byli nabuzowani. Jak to młodzi.

    - Zabity był tylko jeden?

    - U mnie tak. Drugi u sąsiadki. To znaczy najpierw był ranny, ale szybko umarł.  To był starszy człowiek. Ci, co go przynieśli mówili, że wychodził ze sklepu i chciał pewno wracać do domu. No, nie zdążył…

    - Długo to wszystko trwało?

    - No, na zegarek nie patrzyłam. Ale długo.

    - A ranni mówili, w jaki sposób to się stało? Kto i kiedy ich postrzelił?

    - Jak byli przytomni to tak. Mówili, jeden opowiadał, że tak zwyczajnie stał sobie na ulicy. W grupce innych ludzi. Którzy chcieli tylko popatrzeć, co się dzieje. Podszedł do nich milicjant, wyciągnął broń i strzelił. Do niego. Jakoś mu się widać nie spodobał. Bo najmłodszy w tej grupie. A kobieta, która przyprowadziła innego rannego widziała, jak mężczyzna po cywilnemu, ale z bronią podszedł do takich chłopaczków i odciągnął cyngiel. No to ona w krzyk: „Ty taki owaki… Dzieci chcesz pozabijać?” Na to on: „Nic dobrego z tego waszego psiego nasienia nie wyrośnie”.

    -I strzelił?

    - Nie. Jakoś się widać opamiętał.

    - A potem? Co było potem?

    - Potem przyszli z UB.

    - Po rannych?

    - Nie. Po lekarza. Kazali mu iść ze sobą. Do tego gmachu UB, co był niedaleko. Że niby mają w nim rannych. Swoich ma się rozumieć.

    - Poszedł?

    - Tak. Ale po kilku godzinach wrócił.

    - Co mówił?

    - No, że rzeczywiście było kilku nie tyle rannych, co mocno poturbowanych. Ale całe mnóstwo oszalałych z przerażenie. Niektórzy tak się powystraszali, że mdleli lub robili pod siebie. A najbardziej się bały urzędniczki. Pozamykały się w wychodku i spazmowały. Albo tylko siedziały, oczy w słup i kiwały się – w przód i do tyłu, w przód i do tyłu. Jak nakręcone zabawki.

    - Pozwolili mu wyjść?

    - Najpierw nie chcieli, ale powiedział, że na ulicy są ranni nie tylko demonstranci, ale i milicjanci. „A wiecie, co ich czeka jak nie będzie lekarza?” – spytał. Wiedzieli. To puścili.

    - Myśli pani, że ludzie byliby istotnie bezlitośni wobec rannych milicjantów?

    - Nie wiem. Różnie z tym bywało. Ale u mnie – nie.

    - Byli u pani ranni milicjanci?

    - Jeden. Bał się okropnie. Dałam mu szklankę wody to tak spojrzał, jakby w niej była cykuta.

    - Mówił coś?

    -Nic a nic. Ani słowa. Siedział na krześle i tylko oczami wodził. A jak pielęgniarka go opatrywała to cały się trząsł.

    - A pozostali ranni? Odzywali się do niego?

    - Nie pamiętam. Chyba ktoś zapytał czy chce papierosa. Ale nie chciał.

    - I to był jedyny funkcjonariusz w pani mieszkaniu?

    - Tak. jedyny. Ale mieliśmy i żołnierza.

    - Demonstranci go ranili?

    - A skąd. On ludziom rozdawał broń. Był w wojskowej ciężarówce, z której żołnierze rozdawali ludziom karabiny. I do nich zaczęli wtedy strzelać ci z UB.

    - Ciężko był ranny?

    - Nie. I koledzy go od nas szybciutko zabrali.

    - No i kiedy się to wszystko skończyło?

    -U mnie w mieszkaniu? Rano. Następnego dnia. Przyjechała wreszcie jakaś karetka. Zabrali rannych, a tych co nie musieli do szpitala wyekspediowaliśmy do domów.

     - I koniec?

    - Niezupełnie. Bo jeszcze było przesłuchanie na UB. Ale uratowało mnie to, że mieliśmy tego milicjanta. Lekarz przypilnował, żebyśmy spisali wszystkie jego dane. Dobrze zrobił. Sprawdzili. On potwierdził, że go przyzwoicie traktowano.

    - A jeszcze potem? Były od tych rannych czy ich rodzin jakieś dowody wdzięczności?

    - Za co?

    -No za to, co pani dla nich zrobiła.

    - Nic nie zrobiłam. No może tyle, że dywan mi całkiem zniszczyli. 

    8-go marca miałam przyjemność zaprezentować drugą część mojej powieści „Wschody i Zachody” noszącą tytuł „Przerwa na życie”. Spotkanie prowadziła Halina Kaczyńska-Gąsiorowska, a spotkanie sfilmował Jacek Krajewski.

    Oto link do filmu

    Profesor Klemens Szaniawski

    klemans Szaniawski 2

    Oscar Wilde twierdził, że znajomość rozpoczęta komplementem kończy się szczerą, a czasem dozgonną przyjaźnią. Nie miałam żadnych szans na przyjaźń – ani szczerą, ani dozgonną – z prof. Klemensem Szaniawskim. Nie zaczęła się od komplementu.

    Zdawałam egzamin wstępny na socjologię. Ustny. Z historii poszło mi jako tako, potem była logika. A z niej egzaminował mnie właśnie prof. Szaniawski. Wiedziałam z góry, że z tego przedmiotu nie pójdzie mi ani jako, ani tako.

    W liceum logika była wykładana przez rok i nie przykładałam się do tego przedmiotu. Nie interesowały mnie kwadraty logiczne, a mój brak zainteresowania nie przekładał się na nędzne stopnie, bowiem wykładowcą był ksiądz Józef Dąbrowski, człowiek gołębiego serca, który nie stawiał innych stopni prócz piątek, a w wypadkach całkiem beznadziejnych piątkę z minusem. Kiedy postanowiłam jednak zdawać na socjologię ta piątka z minusem zaczęła oznaczać to, co powinna – moja absolutną bezwiedzę. Ksiądz Dąbrowski też o tym wiedział i podjął się udzielania mi (bezpłatnych) korepetycji. Jeździłam trzy razy w tygodniu do jego klasztoru na Skaryszewską i tam – wzmacniana wedlowskimi przysmakami – usiłowałam pojąć na czym ów kwadrat logiczny polega. Ksiądz Dąbrowski był dobrym i cierpliwym nauczycielem. Ja wyjątkowym matołem. Opanowałam dwa czy trzy tematy i mogłam liczyć jedynie na pomoc Ducha Świętego. Ale Duch Święty był pewnie zajęty innymi sprawami i pytania prof. Szaniawskiego odbiegały całkowicie od tych kilku problemów, o których miałam mętne, ale pojęcie. Pamiętam spojrzenie profesora – na początku egzaminu życzliwe, potem coraz bardziej zdumione, aż wreszcie całkiem zdumione. Że tak kompletnie nic… Mimo tej egzaminacyjnej kompromitacji otrzymałam jednak indeks na socjologię. Potem się dowiedziałam, że  „wybronił” mnie egzamin pisemny, no i ustny, ale z historii i tzw. „wiedzy ogólnej”.

    Jako studentka bardzo pilnie chodziłam na wykłady prof. Szaniawskiego i naprawdę starałam się pojąć, o czym mówi. Szczere chęci nie wystarczały. Nigdy i nic nie pojmowałam. O tym moim niepojmowaniu przekonywał się jednak tylko asystent prowadzący ćwiczenia. On nie mógł mieć (i nie miał) złudzeń co do moich logicznych (potem statystycznych) umiejętności i wiadomości. Miał je natomiast prof. Klemens Szaniawski. Na wykładach patrzyłam bowiem i na niego, i na tablicę z taką natężoną uwagą, że i on na mnie uwagę zwrócił. W młodości bardzo lubiłam kolor żółty i bardzo często nosiłam bluzki i swetry w tym właśnie kolorze. Na jednym z wykładów profesor omawiał teorię zbiorów. I ilustrując teorię przykładami wskazując mnie powiedział, że w zbiorze studentów należę do podzbioru studentek, a w dalszej hierarchii podzbiorów – do podzbioru studentek w żółtych sweterkach. Jakoś ten mój żółty sweterek zapamiętał, bo od tamtego wykładu zwracał się do mnie „nasza pliszka żółta” kiedy ilustrował jakieś logiczne twierdzenie.

    I tak trwało do letniego egzaminu. Kolokwium zdałam więcej niż śpiewająco. Siedziałam bowiem między Marcinem Kulą (obecnie profesor historii) i Grzegorzem Lissowskim (obecnie kierownik katedry statystyki i matematyki stosowanej), uchodzącymi za matematycznych geniuszy. Ściągałam od obu i w rezultacie tego ściągania otrzymałam najwyższą ocenę w grupie. I z tą znakomitą oceną oraz równie znakomitą pracą znalazłam się przed obliczem profesora Szaniawskiego. Za nim siedział asystent i patrzył na mnie z ogromną i uzasadnioną ciekawością. On wiedział, że ściągałam i że moja głowa jest pusta jak wydrążona tykwa. Natomiast prof. Szaniawski nic o głupocie „pliszki żółtej” nie wiedział i był usposobiony jak najprzychylniej. Pokazał mi moją pracę, schwalił ją, ale i wytknął jakiś błąd. „Nie będę pani egzaminował – powiedział z wielką łagodnością i łaskawością – ale proszę mi ten błąd wskazać i go poprawić”. Zrobiłam to, co mogłam w takiej sytuacji zrobić. Zalałam się łzami. Prof. Szaniawski próbował mnie pocieszyć, że błąd nie jest wielki i nie mam powodu do rozpaczy. Tylko asystent uśmiechał się złośliwie, bo wiedział, że powód do rozpaczy jak najbardziej mam. Błędu ani nie znalazłam, ani nie poprawiłam. Ryczałam bez końca. Prof. Szaniawski użalił się nad „pliszką żółtą”, sadząc zapewne, ze jestem studentka nadambitną. No i dlatego, że nie mógł mi wstawić do indeksu piątki.

    Kiedy już wyszłam z czwórką, asystent musiał oświecić profesora co do wiedzy jego „pliszki żółtej” i porządnie go rozeźlić, bo wszystkie zdające po mnie osoby wyrzucał z gabinetu bez zaliczenia. Wśród nich późniejszego swojego doktoranta prof. Edmunda Wnuk – Lipińskiego.

     Po skończeniu socjologii rozpoczęłam studia doktoranckie w Instytucie Pedagogiki. Przed ostatnim egzaminem musiałam zdać przed prof. Bogusławem Wolniewiczem egzamin z filozofii. Marksistowskiej oczywiście, bo innej wówczas jeszcze nie było. Przerwałam swoje zimowe rodzinne wywczasy w Makowie Podhalańskim i wsiadłam do pociągu, a na długą drogę zabrałam podręcznik do tejże filozofii. Ale nawet do niego nie zajrzałam. Tak się bowiem złożyło, że do tego pociągu i do mojego przedziału wsiadł na jednej z następnych stacji profesor Klemens Szaniawski. Nie mógł mnie poznać, ani z kimkolwiek skojarzyć, bo od czasu egzaminu z logiki, a potem statystyki upłynęło przynajmniej sześć lat. Zaczęliśmy więc luźną rozmowę z tych o niczym. Ale rozmawiać o „niczym” z prof. Szaniawskim to była większa uczta duchowa aniżeli rozmowa z kimkolwiek innym o „czymś”. Nawet o czymś bardzo ciekawym. Nawet o czymś bardzo ważnym.

    O kimś takim jak prof. Klemans Szaniawski powiada się – człowiek Renesansu. Ale nawet w Renesansie byłby on ozdobą najznakomitszych intelektualnych i kulturalnych salonów. Ukończył doskonałe warszawskie liceum „Batorego”, choć maturę zdawał już na tajnych kompletach. Potem podjął studia  filozoficzne i matematyczne w tajnym Uniwersytecie Warszawskim. Jego nauczycielami byli m.in. Jan Łukasiewicz, Tadeusz Kotarbiński, Władysław Tatarkiewicz, Maria i Stanisław Ossowscy, Henryk Hiż. Ci wybitni naukowcy i niezwykli ludzie kształtowali jego umysł. A szkołą życia były Armia Krajowa, Powstanie Warszawskie i pobyty w obozach Auschwitz i Mauthauzen.

    W 1945 roku, po powrocie do Polski, wznowił studia na Uniwersytecie Łódzkim. Tytuł jego pracy magisterskiej (rok 1947): ” Morał bajki dydaktycznej La Fontaine’a”.  W 1950 roku obronił pracę doktorską. Tytuł „Analiza pojęcia honoru na tle grup rycerskich Europy średniowiecznej”. Specjalnie wybiłam i daty i tytuły jego prac. Bo ci, którzy  pamiętają czarne lata stalinizmu oraz ci, którzy o tamtym okresie słyszeli z pewnością zdziwią się i zadumają nad niezwykłością młodego naukowca, który tamte polityczne mroki rozjaśniał takimi – jakże do owego mroku nieprzystającymi – zainteresowaniami i pracami.

    W latach 1957-58 przebywał na stypendium w Cambridge. Współpracował wówczas z naukowcami tej miary i klasy co Braithwhitt  i Nejman. To wówczas zajął się matematyką, logiką i statystyką. Temat jego pracy habilitacyjnej (rok 1961) odbiegał już od jego poprzednich prac: „U podstaw indukcji statystycznej”.

    Rok 1961 był rokiem, w którym rozpoczynałam studia. I zostałam uczennicą prof. Szaniawskiego, który „podstawy indukcji statystycznej”, w uproszczonej rzecz jasna postaci, usiłował bezskutecznie wpakować do mojej głowy.

    Ale wracam do tych ośmiu godzin, spędzonych z prof. Szaniawskim nie na wykładzie i nie na egzaminie, ale w przedziale pociągu osobowego wlokącego się z Podhala do Warszawy. Były to z pewnością jedne z najczarowniejszych godzin, jakie spędziłam w życiu. Rozmawialiśmy o sprawach poważnych i błahych. O Biblii i Oskarze Wilde. O kosmonautach i polskiej lekkiej atletyce. O kobietach. O mężczyznach. Czy i dlaczego oraz kiedy można używać w odniesieniu do nich słowa „prawdziwa(y)”.

    Miałam ze sobą talię kart, ale w jaką grę może grać dwoje ludzi? Zwłaszcza i w dodatku, gdy jedna z nich zna jedynie same dziecinne: „wojnę”, „świnkę” i „cygana”. Stanęło na „cyganie”. Profesor bawił się znakomicie. I znakomicie „cyganił”.

    Mniej więcej na godziną przed końcem podróży przyznałam się, że byłam jego studentką. I że nazywał mnie „żółtą pliszką”. Śmiał się. Przypomniał sobie egzamin, podczas którego tak rzewnie i tak przekonująco płakałam, że zamiast sprawdzić moje wiadomości (a raczej ich brak) dał mi zaliczenie. Na wielki „wyrost”. Powiedziałam, że logika i statystyka nie zostały mi jednak darowane, bo i na studiach doktoranckich miałam także obydwa te przedmioty. Zapytał, jaki stopień tym razem wypłakałam.

    - Trójkę – powiedziałam.

    - Egzaminowała panią kobieta? – spytał.

    - Nie.

    - No to się dziwię. Bo mnie przez resztę dnia bolało serce na myśl, że musiałem pani obniżyć stopień. Jeszcze nigdy nie spotkałam tak przekonująco i tak rzewnie płaczącej dziewczyny.

    Wyznałam, że jadę na egzamin z filozofii i że będę go zdawała przed prof. Bogusławem Wolniewiczem więc tym razem moje rzewne talenty z pewnością nie zostaną docenione. Przyznał mi rację. Profesor Wolniewicz miał opinię „młota na czarownicę”, przy czym każdy, kto popełnił najdrobniejszy choćby błąd był za „czarownicę” uznawany. A już zwłaszcza kobieta. Bo prof. Wolniewicz nie wierzył, że kobieta może poznać i zrozumieć tajniki filozofii. Nawet – czy zwłaszcza – marksistowskiej.

    W kilka dni po tej podróży profesor Szaniawski zatelefonował do mnie i spytał o wynik egzaminu. Powiedziałam, że oblałam, bo nie wiedziałam, że po pierwszej była druga Międzynarodówka.

    - A o pierwszej pani coś wiedziała?- spytał.

    Przyznałam, że też nic a nic.

    - Wobec tego trzeba było zaśpiewać – doradził prof. Szaniawski. – Zdałaby pani śpiewająco.

    Profesor Klemens Szaniawski pełnił wiele ważnych i zaszczytnych funkcji w życiu naukowym. I społecznym. I kulturalnym. I politycznym.  Aż się w głowie kręci, kiedy się pomyśli, że jeden człowiek może w jednym życiu zdziałać tak wiele. W każdej z tych dziedzin.

    Pracował w Zakładzie Logiki IFiS PAN, kierował Katedrą Metod Badawczych  w Socjologii i Zakładem Logiki w Instytucie Filozofii UW. W tym samym czasie współorganizował – jakże znaczące dla późniejszych losów Polski – konwersatorium Doświadczenie i Przyszłość. Był przewodniczącym Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Filozoficznego, członkiem Komitetu Nauk Filozoficznych i Komitetu Naukoznawstwa PAN. I redaktorem naczelnym Studia Logica. i członkiem rady redakcyjnej Synthese. W 1984 roku, czyli okresie „czarnego” stanu wojennego został wybrany rektorem UW. Ówczesne władze nie wyraziły (należało by skomentować „co oczywiste”) zgody na taką nominację. Przewodniczył Komitetowi Porozumiewawczemu Stowarzyszeń Twórczych i Naukowych i pierwszemu Kongresowi Kultury Polskiej. Był działaczem nielegalnego, ale prężnie działającego Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie. Podczas obrad Okragłego Stołu reprezentował stronę solidarnościową. Piastując te funkcje cały czas pracował naukowo i zajmował się dydaktyką, opiekował doktorantami. A także – pisał czarujące powiastki filozoficzne.

      A kobiety? Profesor Klemens Szaniawski nie był „wysokim brunetem”, ale przy nim każdy „wysoki brunet” był całkowicie pozbawiony szans. Miał tyle uroku i tak potrafił ten urok eksponować, że nie było chyba kobiety, która by się w nim czasem troszkę, a czasem bardzo, czasem na krótko, a czasem na bardzo długo nie zakochała. Lubił być przez kobiety adorowany, a i sam umiał je adorować.

    Napisałam o swoich niepowodzeniach w zaliczaniu kolokwiów i egzaminów z logiki i statystyki. Istotnie – niewiele z tych nauk zapamiętałam. Ale nie znaczy to, że wykłady profesora Szaniawskiego, jego nauki i te najzwyklejsze z nim rozmowy nie były dla mnie ważnymi „lekcjami życia”. Myślę, że były o wiele ważniejsze i o wiele bardziej w moim życiu przydatne od „matematycznych aspektów budowy teorii”.

    Profesor Klemens Szaniawski nauczył mnie doceniać obiektywność jako przeciwieństwo tendencyjności, jako „wolności od ocen”, zwłaszcza tych powierzchownych, dyktowanych emocjami, konkretną ale zmienną sytuacją. Nauczył mnie, że w nauce można i trzeba wystrzegać się banalności i trywialności, a dążyć do oryginalności. I może najważniejsze – uczył elegancji w nauce. W sposobie jej poznawania, przekazywania, popularyzowania. Kiedy rozpoczynałam swoją pracę dziennikarską i kiedy ją przez kilkadziesiąt lat „uprawiałam”,  na pytanie pod czyim wpływem i kierunkiem pozostawałam i pozostaje odpowiadałam niezmiennie – prof. Klemensa Szaniawskiego. Wszystkie otrzymane w tym zawodzie sukcesy i nagrody zawdzięczam jemu właśnie. Mądremu, a przy tym niezwykle czarującemu człowiekowi, który wprawdzie nie nauczył mnie co to są modele eksplanacyjno – predykcyjne, ale zawsze – obecny lub nieobecny -  czuwał nam moim warsztatem zawodowym i sposobem mojej dziennikarskiej pracy.

    Odszedł w roku 1990. Doczekał niepodległej Polski i cieszył się jej niepodległością. Odszedł pełen planów, zamiarów twórczych, nadziei i marzeń. Myślę, że tam, gdzie jest wszystko to realizuje. W swój pełen wielkiej mądrości i niezwykłej elegancji sposób.

    Hanka Bielicka

    Hanka_Bielicka

    „Najpiękniejsza chrypka świata” – mówili o niej Zdzisław Gozdawa i Wacław Stępień. I najbardziej rozpoznawalna. W pokoleniu moich rodziców, w moim – a jak się później okazało – także i młodszym, Hanka Bielicka była uosobieniem uśmiechu. Przez wszystkie najgorsze lata wnosiła w szare PRL-owskie życie element pogody i radości. Mnie kojarzyła się z radiowym, cotygodniowym „Podwieczorkiem przy mikrofonie”, jedną z najbardziej popularnych audycji w kilku dziesiątkach powojennych lat. Można by ją porównać do Wiecha w spódnicy (i kapeluszu!). On stworzył postać Walerego Watróbki, pana Piecyka i Gieniuchny; ona – Dziuni Pietrusińskiej. To osoby całkiem już z innej od dzisiejszych bajek, skeczów, teletasiemców czy kabaretów. Nie bardzo widzę dla nich miejsce w obecnej  rozrywce czy kulturze. Wtedy jednak istnieli. Istnieli mieszkańcy starej Pragi, nie gardzący kieliszkiem, mówiący charakterystyczną gwarą przedmieścia i wyznający pogodną filozofię pogodnych nierobów. Istniały też paniusie, pozujące na damy, ale wywodzące się z bynajmniej „niedamowego” środowiska. Niezrównanym odtwórca Wiechowych skeczów i monologów był Jarema Stępowski. W rolę Dziuni Pietrusińskiej wcieliła się na kilka dziesięcioleci Hanka Bielicka. Nie jestem pewna, czy dziś bawiłaby nadal i w taki sam sposób, jak niegdyś. Obawiam się, że nie. Ale wówczas bawiła jak najbardziej i wszystkich. Była naprawdę powszechnie lubiana. Pełna temperamentu, pełna witalności, radości życia i sama bawiąca się swoimi monologami, była kimś promiennym w naszej PRL-owskiej egzystencjalnej szarości. Była kimś, kto tę szarość przynajmniej od czasu do czasu  rozjaśniał, pozwalał ją pokonać śmiechem. Napisałam przed chwilą, że Hanka Bielicka była powszechnie lubiana. Teraz dodam, że przez wiele osób była kochana.

    Mogłoby się wydawać (i zapewne wydawało się), że ta aktorka, zawsze roześmiana,  zawsze w doskonałym humorze, prezentująca z ogromnym wdziękiem swoje ogromne, zabawne kapelusze musi być i w życiu prywatnym duszą każdego towarzystwa. Że naprawdę jest osobą żywiołową i wewnętrznie radosną. Podobnie jak np. Irena Kwiatkowska. Wiesław Michnikowski, Jerzy Dobrowolski czy wymieniony już Jarema Stępowski. Nie miałam pojęcia, że kiedyś poznam osobiście Hankę Bielicką. I że poznam ją jako kogoś całkiem innego, skrajnie odmiennego od „Dziuni Pietrusińskiej”.

    Tu dygresja. Dwa razy w życiu po zakup moich książek ustawiały się długachne kolejki. Pierwszy raz  na targach książki we Wrocławiu. Drugi raz  przy namiocie Radia Dla Ciebie ustawionym w warszawskich Łazienkach. Tego niebywałego powodzenia nie zawdzięczałam jednak wielkości swego literackiego talentu. We Wrocławiu dzieliłam stoisko z Lwem Starowiczem, niesłychanie wówczas popularnym autorem książek o seksie. W Łazienkach – z Hanką Bielicką właśnie.

    Jerzy Kisielewski zaprosił mnie na nagranie audycji o mojej książce „Chochlą i mieczem” do niedzielnych Łazienek. Zaproszona została też Hanna Bielicka, która miała komentować i ubarwiać moje wspomnienia własnymi anegdotami o przedwojennej Warszawie. Niewiele z tego wyszło, bo Hanka Bielicka przybyła do Warszawy na studia, które ukończyła w 1939 roku. Przed wojną mieszkała więc w Warszawie tylko kilka lat i zajmowała się nauką (studiowała równolegle na Wydziale Filologii Romańskiej UW i w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej), a nie bywaniem w tzw. wielkim świecie. I nie znała żadnej z opisywanych w mojej książce restauracji, ani  nie bywała na opisywanych przeze mnie wielkich balach. Mówiła więc – i to całkiem inaczej niż zwykle – o trudach tamtego okresu, o swojej ubożuchności i swoim braku czasu na wielkoświatowe czy wielkopańskie rozrywki. Ale mówiła ciekawie, a dla słuchaczy, którzy nawet nie przypuszczali, że był taki okres w jej życiu – bardzo ciekawie. Tyle, że ukazywała całkiem inną stronę swojej osobowości. Jako osoby bardzo ambitnej, bardzo pracowitej i bardzo zapracowanej. Odpowiedzialnej i  traktującej życie bardzo serio. Kiedy prowadzący audycje red. Jerzy Kisielewski wyraził leciuchne i taktowne zdziwienie, że zaprosił do studia osobę tak różną od powszechnego jej wizerunku, Hanna Bielicka wspomniała o Irenie Kwiatkowskiej. Tak, jak ona, postrzeganej jako „rozśmieszaczka” i „zabawiaczka”, a w istocie niezmiernie poważnej, traktującej wszystko z rozwagą  i powagą, raczej zamkniętą w sobie i jak najdalszą od tego, co dziś nazywamy „celebrą” czy „celebryctwem”.  Obie panie dzieliły przez wiele lat wspólną garderobę. Można by więc pomyśleć – znały się na wylot. Tymczasem do końca życia pozostały w stosunkach oficjalnych i nigdy nie przeszły na „ty”. Nie dlatego, że się nie lubiły, nie dlatego, że konkurowały ze sobą o popularność i serca (oraz oklaski) publiczności. One po prostu potrzebowały skupienia, były refleksyjne, wyciszone i – mówiąc językiem psychologicznym – introwertyczne, czyli niechętne manifestowaniu swoich wewnętrznych, osobistych przeżyć i uczuć. Scena, estrada, plan filmowy były dla nich tylko i wyłącznie miejscem pracy. Traktowanym bardzo poważnie. Przychodziły na próby punktualnie,  zawsze świetnie przygotowane. Irytował je brak tych cech u kolegów. W środowisku uchodziły za „pracusie” i „kaczki dziwaczki”. A Irena Kwiatkowska nawet za „ponuraczkę”. Bywało, że kiedy inni aktorzy po sto razy próbowali jakąś scenę, pani Irena odmawiała w kąciku różaniec; była bowiem osobą niezmiernie religijną.

    Podczas nagrania następowały przerwy. Wtedy w studio radiowym nadawano pewnie informacje i muzykę. A Hanna Bielicka i ja miałyśmy czas dla siebie.  Ponieważ namiot, w którym odbywało się nagranie był otwarty, mijający go spacerowicze rozpoznawali najpierw charakterystyczny, ukwiecony kapelusz, a potem jego właścicielkę i podchodzili, aby się z nią przywitać lub sfotografować. Hanna Bielicka była wtedy bardzo już wiekową panią i nie tylko tego dnia, ale od pewnego czasu nie czuła się dobrze. Ale za każdym razem, kiedy mówiono jej miłe słowa lub proszono o autograf lub wspólne z nią zdjęcie, od razu się uśmiechała, w taki sam sposób, w jaki śmiała się do nas ze sceny.  W Łazienkach było tego dnia sporo młodych par, które przybyły do parku na „sesję zdjęciową”. Ich fotografowie uznali, że Hanka Bielicka będzie dla młodożeńców o wiele bardziej atrakcyjnym tłem aniżeli Pałac na Wodzie, rzeźby Bugu czy Wisły oraz łabędzie. Co chwila proszono ją, aby pozowała do zdjęcia, obejmując czule pannę młodą lub stając pomiędzy młodymi. Zauważyłam, że aktorka jest tymi prośbami i tymi zdjęciami coraz bardziej zmęczona. A nawet – poirytowana. W pewnym momencie poprosiła, aby opuszczono podniesioną klapę namiotu. Pan Jerzy Kisielewski pozostał na zewnątrz. My – obie – w  środku.  I wtedy stało się coś, czego nie mogłam i nie mogłabym się spodziewać. Hanna Bielicka rozpłakała się. I jak to niekiedy bywa poczuła potrzebę zwierzenia się osobie zupełnie nieznanej, z którą być może już nigdy więcej się nie spotka, z którą los zetknął ją na króciutką chwilę – chwile jej własnej słabości. Przez cały czas, kiedy mówiła, nie odezwałam się ani słowem. Wiedziałam, że nie czeka na moje pytania, moje zdumienia, moje komentarze. Że chce mieć we mnie jedynie życzliwego słuchacza. Powiedziała wtedy, że nie chce pozować do zdjęć młodożeńców, bo zabobonnie  boi się przeniesienia na nich swoich własnych miłosnych i małżeńskich zawodów i nieszczęść. Wyznała, że była dwa razy tak naprawdę, tak najgłębiej i najszczerzej zakochana i dwa razy poniosła miłosną klęskę. O jej pierwszym małżeństwie wiedzieli wszyscy.  Jerzego Duszyńskiego poznała w Wilnie, w pierwszych latach okupacji, kiedy on był aktorem, a ona aktorką tamtejszego teatru „Pohulanka”. Zakochali się, pobrali. Ona myślała, że będą ze sobą – tak, jak sobie ślubowali – aż do śmierci. Ale nie byli. Małżeństwo przetrwało tylko kilka lat. Jerzy Duszyński był niezwykle przystojnym mężczyzną, amantem filmowym i obiektem zainteresowania i westchnień całego mnóstwa pań. On sam także paniami żywo się interesował. Zainteresowanie jedną z nich, młodziutką i ładniutką kelnerką z warszawskiego SPATiF-u spowodowało rozpad jego małżeństwa z Hanką Bielicką. Była to połowa lat 40. ubiegłego wieku. Hanka Bielicka była wówczas młodą kobietą i choć bardzo uczuciowo poranioną, wciąż jednak zdolną i do kochania, i bycia kochaną. Znalazł się obiekt jej nowego uczucia. Nie wymieniła jego nazwiska. Mówiła po prostu: „on”. W kilka lat potem, czerpiąc z różnych źródeł, domyśliłam się, że mogła mówić o Eugeniuszu Poredzie. O takich ludziach powiada się: „człowiek renesansu”. Z piękną okupacyjną przeszłością, z obiecującą przyszłością. Reżyser, aktor, dyrektor teatralny. Postać powszechnie (i nie tylko w Warszawie) znana. A ponadto – szalenie interesujący mężczyzna. Podobno Hanka Bielicka zakochała się w nim. I – jak sądziła – z wzajemnością. Nie na długo jednak tej wzajemności starczyło. Inni, „wtajemniczeni” w osobiste życie pani Hanki Bielickiej sugerowali, że powodem jej drugiego miłosnego dramatu był  pewien znany satyryk, pisujący swoje teksty także i dla niej. Bez względu na to, kim był ów „ON”,  jej dramat sercowy omal nie zakończył się dramatem totalnym. Ale – na szczęście dla nas, wielbicieli jej estradowego talentu –  przeżyła. I wróciła nawet na sceną, aby – mimo poczucia własnego nieszczęścia – rozpraszać smutki i smuteczki innych ludzi. Powiedziała: „Była taka piosenka- modlitwa. Śpiewaczka prosi w niej Pana Boga: jeśli komuś ze słuchających mnie choć raz zakręciła się łza w oku, to dla tej czystej łzy jednej wybacz mi biednej, wybacz największy grzech”. I ja bym za tą pieśniarką powtórzyła: jeśli komuś za moją sprawą komuś osuszyłam  choć jedną łzę…”.

    Pomyślałam wtedy o tych tysiącach, czy tysiącach tysięcy ludzi, którym za jej sprawą, jeśli „łza błysła w oku”, to było to płakanie ze śmiechu. Czyli najlepsze i najmilsze z ludzkich „plakań”.

    W tej namiotowej ciemności Hanka Bielicka mówiła mi też o swojej fizycznej zgryzocie i cierpieniu ostatnich lat. Była „wzrokowcem”. Aby nauczyć się tekstu musiała mieć go przed oczami. Nie była w stanie uczyć się przez słuchanie. A wzrok coraz bardziej słabł i słabł. Lekarze byli bezradni. Artystka wiedziała, że nadejdzie moment, kiedy już nawet najmocniejsze szkło powiększające nie pomoże. Że nie przeczyta już tekstu kolejnego monologu. Nie wygłosi go na estradzie. Jej wyznanie było dla mnie wstrząsające : „Ja istnieję tak długo, jak długo rozśmieszam ludzi. W dniu, kiedy tego nie zrobię, przestanę istnieć dla świata. Umrę przed własną prawdziwa śmiercią”.

    Wrócił redaktor Jerzy Kisielewski, włączył mikrofony, a my podjęłyśmy swoje opowiadania. Hanka Bielicka sypała zabawnymi anegdotami, całkiem wprawdzie nie związanymi z moją opowieścią o przedwojennych kulinariach Warszawy, ale na pewno o wiele bardziej interesującymi słuchaczy Radia dla Ciebie. I znowu się uśmiechała do spacerowiczów, którzy zatrzymywali się przed namiotem. Niektórzy prosili o autografy, które składała obok moich wpisów na mojej książce, niebywale – jak sądzę – podbijając jej wartość i cenę. Ktoś jednak chciał, aby nie tylko sie podpisała, ale coś napisała. Choć jedno króciutkie zdanie. Odmówiła. I tylko ja wtedy wiedziałam – ona nie widzi! Zbyła prośbę żartem, że dedykacje wypisuje na książce „Uśmiech w kapeluszu”. Ale tej akurat tego dnia nie było na stoisku.

    Żegnając się pocałowała mnie. Wymieniłyśmy wizytówki. Ale nie sądziłam, że skorzystamy z numerów naszych telefonów. A jednak zatelefonowała. Następnego dnia. Powiedziała tylko: „Dziękuję Jolusiu”. I to był koniec naszej kilkugodzinnej, ale bardzo niezwykłej znajomości.

    Na kilka dni przed śmiercią pojawiła się na estradzie. Podobno przed występem powiedziała, że jest ostatni. A potem powiedziała publiczności: „Bawcie sie dzieci zanim babcia odleci”. I w sześć dni później już nie żyła. Kiedy dowiedziałam się o jej śmierci westchnęłam za jej duszę jej własnymi słowami ” jeśli któremu, któż to wie czemu, łza czasem błysła w oku, to dla tej czystej łzy jednej, wybacz mi biednej…”

    Chyba niewiele było do wybaczania. Całe życie pomagała innym, wspierała mnóstwo charytatywnych inicjatyw, przekazując pieniądze dla biednych, chorych dzieci i biednych, opuszczonych zwierząt. Ale nade wszystko pocieszała ludzi wychodząc na estradę i wygłaszając swoje zabawne monologi. Dzieląc się z nami swoim uśmiechem i śmiechem, swoją uroczą chrypką, swoją – może udawaną, ale jakże przekonującą witalnością. I hasłem, które rozpropagowała: „jeszcze Polska nie zginęła póki się śmiejemy” .

    Józefa Kukawska

    Dwór w Niemieczkowie

    Dwór  w  Niemieczkowie

    To był czarny okres stanu wojennego. Życie w stałym napięciu, w poczuciu zagrożenia i beznadziei. Każdego dnia szukało się choćby małej, maciupeńkiej okazji do odprężenia i radości. Podczas urlopu szukało się natomiast okazji do dłuższego odprężenia i zapomnienia przez kilka tygodni o realiach codziennej szaro-burej egzystencji. Takim miejscem okazał się dla mnie Kazimierz nad Wisłą, a precyzyjnie – dom ss. Felicjanek, stojący na „czarodziejskiej górze” nad Wąwozem Małachowskiego. Tam „jaruzelszczyzna” nigdy nie miała symbolicznego choćby miejsca i wstępu. Żyło się jakby poza czasem. Kiedy opowiadałam o takim kazimierzowskim urlopie Jerzemu Mikke, zaproponował mi inne jeszcze, też „czarodziejskie” miejsce. I pojechaliśmy na wspólne wakacje do Niemieczkowa.

    Z racji różnicy wieku odbieraliśmy dworek w Niemieczkowie całkiem inaczej. Dla Jerzego Mikke był on odległym, ale jednak echem wspomnień z dzieciństwa. Dla mnie – objawieniem. Znałam rzecz jasna opisy dworków ziemiańskich z rozmaitych (i licznych) lektur, filmów i sztuk teatralnych, ale nie sądziłam, że kiedykolwiek w życiu zobaczę autentyczny. I w dodatku – zamieszkany przez córkę przedwojennych właścicieli, a więc w jego „klimatach” wyrosłej i wychowanej.

    Pamiętam nasz wjazd do rezydencji pani Józefy Kukawskiej. Zapewne nasz „maluch” nie za bardzo pasował do okrążania gazonu przed domem, a naciskanie klaksonu nie za bardzo imitowało trzaskanie z bata, ale nie mogliśmy przecież dojechać do Niemieczkowa – tak jak drzewiej bywało – końmi.

    Gospodyni stała na ganku, wysoka, pełna dostojeństwa i zarazem serdecznej gościnności. W tamtej chwili była dla mnie  bardziej postacią z „Nad Niemnem” czy którejś z książek Rodziwiczówny niż zwyczajną kobietą.

    I – jak się później okazało – zwyczajną kobieta istotnie nie była.

    Przyjmowała do swojego dworku myśliwych, których była także przewodnikiem po Puszczy Noteckiej i dla których – zimą – organizowała polowania. W lecie natomiast gościła swoich przyjaciół oraz przyjaciół swoich przyjaciół.

    Kiedy weszłam do hallu przede wszystkim uderzył mnie zapach. Nie tyle starości, co dawności. Wisiały rozmaite okrycia, także (choć był środek lata) półkożuszki, jakieś i liczne nakrycia głowy, stały buty: do konnej jazdy, drewniaki, ale i „wychodne”. A na ścianach – myśliwskie trofea. Nie tylko całe mnóstwo rogów, ale i głowy – rogaczy, ale i wilcze. Goście mieszkali na pierwszym piętrze, ale to, co najbardziej dworskie – czyli jadalnia, salon, kuchnia i łazienka mieściły się na parterze.

    Jadalnia – jak w „Strasznym dworze”. Rzeźbiony wielki kredens, solidny stół nakryty białym lnianym obrusem, na nim wazy i półmiski.  Te ostatnie zawsze przykryte muślinowymi osłonami chroniącymi ich zawartość przed muchami. A w rogu – powinnam w tym miejscu powiedzieć: oczywiście – „zegar stary”, wygrywający – też oczywiście - kuranty. Do tej jadalni przychodziliśmy – Zojka i Jerzy Mikke, Teresa i rotmistrz Janusz Komorowscy oraz my – trzy razy dziennie: na śniadanie, wczesny obiad i kolację. Podwieczorki jadało się w ogrodzie. Na stole mało było (czy w ogóle były?) rzeczy „kupnych”, „sklepowych”. Za to całe niezliczone mnóstwo – domowych. Domowe pieczywo, ciasto, masło, wędliny, dżemy i konfitury, białe sery i twarożki, miody. I znowu zapach. Taki, który podnieca nie tylko kubki smakowe, ale powoduje nie tylko wydzielanie, ale zalew soków żołądkowych. Wszystko było zawsze świeże i nieodmiennie pyszne. Jakoś najbardziej zapamiętałam kiełbasę, o której w „Chłopach” Reymonta pisano, że jest czujna.  I konfiturę z poziomek. No i domowe rogaliki maślane. Takie jeszcze ciepłe.

    Smaku potrawom dodawały smakowite gawędy. Jerzego Mikke, dziennikarza, dramatopisarza i historyka oraz rotmistrza Janusza Komorowskiego. Opowiadał nam – barwnie i z humorem – o przedwojennej szkole jazdy w Grudziądzu, o życiu w pułku ułanów Krechowieckich   („więc pijmy zdrowie, szwoleżerowie, niech troski zginą w rozbitym szkle…”), o olimpiadzie w Berlinie 1936 roku, obozie w Murnau, wieloletnim pobycie na emigracji w Argentynie.

    Kuchnia była prawdziwym sercem tego domu. Wielka, z wielkim kaflowym piecem kuchennym, wielkimi – wyrabianymi i pobielanymi przez Cyganów -  garnkami, saganami, rondlami i patelniami. I z wielkim imbrykiem. W tych statkach przez cały dzień coś bulgotało lub skwierczało, a pani Jozefa Kukawska i jej pomocnica, owinięte fartuchami,  nieustannie coś mieszały, czegoś dodawały, coś studziły, coś odcedzały. Pani domu niechętnie patrzyła na gościa, który zaglądał jej w garnki. Burczała, że cudze oko sprawia, że ciasto nie rośnie, albo mleko się warzy. Ale czasem, łaskawie, pozwalała mi popatrzeć na to misterium gotowania. Z daleka, czyli zza progu tej kuchennej świątyni.

    W salonie centralne miejsce zajmowało pianino. Stareńkie, ale o wyjątkowo pięknym brzmieniu. I związane z tym pokojem wspomnienie. Pani Kukawska przy pianinie, grająca kujawiaka. Pan rotmistrz Komorowski tańczący tego kujawiaka z żoną. Ich gracja, ich harmonia ruchów i ten taniec – jakby z innego świata, a na pewno innego czasu. I białe firanki unoszone podmuchami wpadającego do pokoju wiatru.

    Jeszcze słowo o łazience. Była jak teatralna dekoracja. Wielkie porcelanowe miednice na metalowych, pięknie modelowanych stojakach, dzbanki na ciepłą i zimną wodę, wanna na nóżkach, z której korzystało się „od największego dzwonu” (tegoroczne lato było suche i upalne, więc trzeba było oszczędzać wodę).

    Na przed-dworkowym stawie trzy razy dziennie, tuż po posiłkach, pojawiało się stado dzikich kaczek. Letnicy karmili je zeschniętym chlebem, pozostałym po poprzednich posiłkach. Kaczki – otrzymawszy swoje – odpływały. Aby  z dokładnością co do minuty  powrócić na następne karmienie. Pani Józefa śmiała się, że biedaczki tuczą się nieświadome, że one same będą stanowiły kiedyś danie – wprawdzie nie dla tych obecnych, ale następnych gości.

    Pani Kukawska miała psią sforę złożoną z tłustego jamnika, dwóch bassetów i owczarka alzackiego. Owczarek był raczej rezydentem i zabawiaczem gości, ale pozostałe podobno bardzo dzielnie się sprawiały podczas polowań. Ja pamiętam jedynie jak wiele mieliśmy uciechy obserwując ich figle z koniem. Owczarek podbiegał do konia od zadu i lekko przygryzał pęcinę. Koń wierzgał, pies zręcznie odskakiwał. Bassety próbowały powtórzyć tę sztuczkę, ale były zbyt powolne i zwykle obrywały uderzenie kopytem. Oba chodziły z wiecznie podbitymi oczyma. Kiedy psy coś zbroiły i groziło im lanie, uciekały na środek stawu i tam przeczekiwały pierwszy gniew swojej pani. Widok psa zanurzonego w wodzie był stałym elementem niemieczkowskiego pejzażu.

    Konie były dwa. Jeden pod siodło, drugi – Raczek – na dożywociu. On też wybrał kiedyś dworski staw jako miejsce swojego azylu. I wybrał właściwie.

    Za niemieczkowskim mini-parkiem wybudowano nie tyle rzeźnię, co miejsce oczekiwania – rzeźniczą rampę. Żałosne porykiwania, kwiki i rżenia zwierzęcych skazańców dochodziły aż do dworu. Bywało, że któremuś z nich udawało się wyrwać z tej swoistej celi śmierci. Wiedziony instynktem wbiegał na teren dworskiej posesji i szukał schronienia w stawie. Było niepisanym, ale obowiązującym zwyczajem, że terytorium pani Józefy Kukawskiej jest nienaruszalne dla osób z zewnątrz. W ten sposób stary i schorowany Raczek ocalił swoje życie i dostał miejsce w dworskiej stajni. W czasie mojego pobytu w Niemieczkowie ocalił swoje życie jakiś młody byczek. Pani Kukawska zobaczyła go jak stał w jej stawie więc przygarnęła uciekiniera. Też pewnie w końcu trafił na jej stół jako befsztyki czy gulasz, ale przez jakiś czas żył w dostatku i puchu.

    Pani Józefa panowała nad wszystkim. Nad domem, gośćmi i zwierzętami. Przez cały czas, ale dla nich niezauważalnie. Wydawało się, że wszystko w jej gospodarstwie dzieje się samo. Nigdy nie wydawała się zmęczona, zatroskana, zniechęcona. Nie bywała w złym humorze. I zawsze – co zadziwiające – miała też wolny czas : dla nas, dla swojej ukochanej wnuczki, dla swoich zwierząt.

    Kiedyś, w takiej właśnie wolnej chwili, opowiedziała mi swoją historię. I historię swojego – wybudowanego w XVII wieku – dworu.

    Nie była nigdy białoruczką. Nasi historycy często wspominają, że w polskich dworach bardziej łagodnie i bardziej wyrozumiale traktowano synów, natomiast od dziewcząt wymagano bardzo wiele. Zakładając, że w swoim życiu muszą być przygotowane na każdą ewentualność i muszą każdej sytuacji sprostać. W przypadku pani Józefy Kukawskiej ta zasada okazała się zbawienna. bardzo krótko bowiem mogła zażywać przyjemności spokojnego, bezpiecznego i dostatniego życia. W 1939 roku Niemcy zarekwirowali dwór i majątek, pozwalając właścicielce i córkom zająć niewielczutką służbówkę. Na swoje utrzymanie musiały zapracować. Więc pracowały. Młodziutka Józefa także. Swoja pracowitością i sprawnością w wykonywaniu każdej fizycznej pracy budziła uznanie – i pracujących z nią wiejskich kobiet, i Niemców.

    Potem nadeszły jeszcze gorsze czasy. Przyszli bowiem sowieccy „wyzwoliciele”. Ci od razu zdewastowali i ograbili dwór. Meble rąbali na opał do pieców, niszczyli podłogi i wszystko, co zniszczyć się dało. Wyrzynali zwierzęta. No i pili, pili, pili. Na umór. Matka ukrywała przed nimi córki.

    A jeszcze potem przyszedł czas władzy ludowej. Czyli walki z „obszarnikami”. I nacjonalizacji ziemi. I tworzenia PGR-ów. W Niemieczkowie dwór stał się siedzibą PGR-owskich władz. Tyle, że niedługo w nim zabawiły. Chłopi – całkiem niezainteresowani pracą w polskich sowchozach, najzwyczajniej prysnęli. Ziemia więc była, ale nie było rąk do pracy. A trudno zarządzać majątkiem stojącym odłogiem i pozbawionym pracowników. No więc oddano część tych odłogów i zdewastowany dwór dawnym właścicielom. W najświętszym przekonaniu, że – jak Salomon – z pustego nie naleją.

    Ale nalali.

    Pomaleńku, z wielkim nakładem własnej pracy, pani Józefa Kukawska podźwignęła rodzinną siedzibę i przywróciła jej może nie tyle dawną świetność, ale na pewno dawny charakter. Organizacja polowań zaczęła przynosić najpierw jakie takie, potem – stopniowo – coraz bardziej znaczące dochody. Zwłaszcza, że zaczęli przybywać cudzoziemcy. Latem – jak już wspomniałam – we dworze gościli letnicy.

    Nie zagrożeni perspektywą pracy w PGR-ze do Niemieczkowa zaczęli przybywać mieszkańcy. Najczęściej całkiem nowi. Ale – co niezwykle ciekawe dla socjologa – przejmowali obyczaje poprzednich mieszkańców. Wraz ze stosunkiem do dworu. Stał się dla nich punktem odniesienia – we wszystkich życiowych sprawach. Jeśli czytało się „Szczenięce lata” Wańkowicza to w Niemieczkowskim dworze, tak jak w Nowotrzebach, „pani” była doradcą, opiekunem, pierwszą pomocą, a także sędzią w mniejszych i większych rodzinnych oraz  sąsiedzkich zatargach i sporach.

    Bywały sytuacje groteskowe. Jednej z nich byłam świadkiem.

    Do dworu przybiegła spłakana kobieta, na co dzień kuchenna pomocnica pani Józefy Kukawskiej. Mąż – będący „pod wpływem” – pobił ją, wyzywał, groził. Było to pobicie, wyzwiska i groźby na tyle poważne, że pani Kukawska poprosiła o pomoc milicję. No i co? No i milicjant pojechał na miejsce incydentu, skuł pijanego brutala, ale zamiast odwieźć go na komisariat, przyprowadził – skutego kajdankami – do instancji od komisariatu wyższej, czyli do dworu.  Tam przykuł aresztanta do belki ganku, a sam poszedł na rozmowę i z poszkodowaną, i z autorytetem w okolicy najwyższym – czyli „panią”. Wspólnie doszli do wniosku, że awanturnikowi tym razem nie należą się żadne odpuszczenia grzechów, ale pokuta. Córka pani Kukawskiej osiodłała konia, wsiadła nań, za nią usiadł pan władza, a aresztant wlókł się na piechotę, wiedziony na sznurku. Była to scena i dramatyczna, i komiczna zarazem. Jakby film z dawnych, czy bardzo dawnych czasów.

    I tak bym pobyt w Niemieczkowie określiła – jako „czas zatrzymany”. Dobry czas spędzony w dobrym miejscu, w otoczeniu przyzwoitych, mądrych i dzielnych ludzi. Ten czas potrafiła zatrzymać i utrzymać w najtrudniejszym nawet dziejowym okresie jedna tylko kobieta. Na pewno zwyczajnie niezwyczajna – Józefa Kukawska. Możliwość przebywania w stworzonym i zatrzymanym przez nią świecie uważam za wielki dar dobrego losu.

    S-Magdalena

    Siostra Magdalena – Nazaretanka

    Niewielu jest pewnie ludzi w Polsce, którzy nie znali by przynajmniej jednej piosenki siostry Magdaleny. „Polskie kwiaty”, „Im dalej w las”, „Magdalena”, „List do Papieża”  i dziesiątki innych. Melodyjnych, wpadających w ucho, wdzięcznych. Śpiewanych w kościołach, ale i na obozach harcerskich, przy ogniskach. Albo nuconych od tak sobie – w domach. Bo jak się je usłyszało, to pozostawały w pamięci.

    Nie miała wielkiego głosu, ale miała bardzo miły głos. I całe mnóstwo wdzięku. I na dodatek urodę. Plotkowano, że kiedyś była jedną z zespołu „Filipinek”, bo bardzo przypominała i głosem, i wyglądem jedna z dziewcząt tamtej śpiewającej „siódemki”. Ale tak naprawdę „Filipinka ” nigdy nie była.

    Najpierw była zwyczajną dziewczyną. Albo może – niezwyczajną. Bo wyjątkowo inteligentną, błyskotliwą, bardzo żywa, mającą całe mnóstwo zainteresowań i pomysłów. I całe mnóstwo zdolności. Znajomi i bliscy śmieli się, że mogłaby zostać aktorką, poetką, piosenkarką, ale i filozofem. A nawet – jak by się postarała – matematykiem. Tenisistką. Spikerka telewizyjną. Modelką. Bo wszystko za co się wzięła wychodziło i udawało się jej nadzwyczajnie. Była aż w nadmiarze obdarzona darami losu i talentami.

    I co zrobiła? Pewnego dnia oznajmiła, że wstępuje do klasztoru. Do nazaretanek.

    Dla wszystkich był to prawdziwy szok. Bo takich nieprawdziwych wprawdzie, ale powszechnie branych pod uwagę powodów wstąpienia dziewczyny do klasztoru nie było. Ani jednego. Dziewczyna ładna, mająca ogromne powodzenie, obdarzona żywym temperamentem, wszechstronnie zdolna, tryskająca humorem. Czemu ktoś taki miałby i chciałby uciec od normalnego świata? Dlaczego nie chce i nie miałby chcieć korzystać z jego uroków? Zwłaszcza, że wszystkie uroki i przyjemności świata były w zasiegu ręki tej dziewczyny.

    Protestowała – jak to dlaczego? To Panu Bogu powinny służyć kobiety brzydkie, nieudaczne, pokręcone przez życie? Nie znajdujące dla siebie miejsca wśród ludzi? Nieszczęśliwe? Odrzucone? Czy Pan Bóg nie zasługuje na najładniejsze, najzdolniejsze, a przy tym wesołe i pełne inicjatywy? Czy dla świata trzeba przeznaczać to, co najlepsze, a dla pana Boga tylko „odrzuty”? No i brakowało kontrargumentów na takie dictum.

    Wstąpiła więc do klasztoru. Jak twierdziła i jak zapewne była przeświadczona z prawdziwego powołania. Czyli tego wielkiego daru, który nie bywa zdefiniowany, opisany, ale stanowi tajemnicę tych niewielu i tych wybranych, którzy go doświadczyli. Już będąc zakonnicą ukończyła studia socjologiczne. Z sukcesem. Należało by dodać – co oczywiste. Profesorowie ubolewali, że nie chce i nie może kontynuować pracy naukowej. Zapowiadała sie na świetnego naukowca.

    Ale ona zajęła się muzyką. Komponowaniem, pisaniem tekstów i wykonywaniem piosenek. Pisała też poezję. I książeczki z króciutkimi moralitetami. Żadna wielka poezja, żadna wielka proza. Ale dobrze się to  czytało. Przyjemna, lekka, a zarazem wzruszająca i poruszająca lektura. Poruszająca to, co w ludziach dobre, czyste, uskrzydlone.

    Robiła karierę, o jaką w klasztorze nie tylko trudno, ale która w klasztorach jest czymś całkiem wyjątkowym. Była wprawdzie kiedyś,  chyba w latach 60., jakaś cudzoziemska „śpiewająca zakonnica”, która podbiła estrady świata, ale był to całkowity wyjątek od reguły. Magdalena-nazaretanka powtórzyła tamten sukces.

    Zachwycano się nią powszechnie, a jej piosenki zdobywały coraz większe i większe powodzenie. Wiele stało się szlagierami. Za „List do Papieża” podziękował jej sam Jan Paweł II, chwaląc i wykonawczynie i jej dziełko. Słusznie chwalił, bo piosenka jest naprawdę ładna.

    Ze względu na swoje zdolności i powodzenie nie była może powszechnie akceptowana i lubiana w zakonnych kręgach, ale nie była tez nielubiana. Bo trudno było jej nie lubić. Kochanowski zapewne i o niej napisałby, ze „nigdy nikomu nie dała się frasować” i „napełniała radosnym śmiechem i śpiewem wszystkie kątki”.

    Zaproszono ją do Londynu. Na występy. Teraz trudno już ustalić, czy to tam poznała, czy tez pojechała do Anglii razem z generałem zakonu męskiego. Są dwie wersje, ale żadna niepotwierdzona. Czasem się mówi o jezuitach, czasem o marianach. No i funkcja zakonnika też jest niesprecyzowana. Mowa jest o generale, ale ja mam wrażenie, że jego ranga była znacznie niższa.

    I od tej chwili wszystko jest już tajemnicą. I domysłem. Ja tez nie gwarantuje, że napisze prawdę i tylko prawdę. Bo ta zna jedynie siostra Magdalena. I jeszcze kilka, ale niewiele najbliższych jej osób. Cała reszta to domysły, dopowiedzenia, plotki – niesprawdzone w dodatku.

    Wystąpienia z zakonu nie są czymś bardzo rzadkim. Takim sie jedynie wydaja, bo nie ma zwyczaju nagłaśniania tego typu wydarzeń. Po prostu kryje się w nich zazwyczaj taki ładunek osobistego dramatu, a także i dramatu całej zakonnej społeczności, że należy uszanować to milczenie i tą miłosierną dyskrecję.

    Kiedy byłam w szkole nazaretanek, przez rok nasza wychowawczynią była siostra Waleria. Nie bardzo ją pamiętam, bo na tle barwnych postaci naszych nauczycieli nie była wybijającą się osobowością. Typ cichej, szarej myszki. Pewnego dnia zniknęła. Powiedziano nam, że wyjechała do zakopanego, aby leczyć ujawnioną nagle i niespodziewanie gruźlicę. Brzmiało to prawdopodobnie, bo w tamtych latach ludzie jeszcze dość często zapadali na te chorobę, a zabrane nazaretankom dwa piętra gmachu ich szkoły zajmowała nawet poradnia przeciwgruźlicza. Dopiero po wielu latach dowiedziałam się – przypadkiem – ze siostra Waleria wystąpiła z klasztoru. Podobno wyszła za maż za wdowca z kilkorgiem dzieci. Podobno… Nikt nie dochodził jak było naprawdę, bo w istocie nie było to ważne. Dla nikogo, prócz samej – byłej juz – siostry Walerii.

    Siostra Magdalena zakochała się w ojcu jezuicie czy mariawicie. Z wzajemnością, no bo trudno pewnie było nie zakochać się w tak uroczej młodej kobiecie. Ale nie była to miłość platoniczna, która w zakonach się zdarza i o która Pan Bóg nie wydaje się być zazdrosny. Tych dwoje pokochało się z całą – tak charakterystyczną dla  ich żywych usposobień – namiętnością. Magdalena wróciła do warszawskiego Nazaretu, ale…w ciąży. Jedna z jej współsióstr wspomina: „Wydawałam posiłki przez kuchenne okienko, kiedy zobaczyłam ja ostatni raz. Weszła do jadalni z siostrą przełożoną. W habicie, ale ciążą była juz tak zaawansowana, że krągły brzuszek uwydatniał się spod materiału. Jak zwykle piękna, ale bardzo smutna”.

    Można się domyślać jak bardzo bolesne było to emocjonalne rozdarcie -między miłością do Boga i do mężczyzny. No i do mającego się urodzić dziecka. Pewnie decyzja – co zrobić wymagała pasowania się ze sobą i długiego czasu, skoro przez kilka pierwszych miesięcy ciąży nie zrzuciła jednak habitu. Było wyjście – urodzić dziecko i dać je na wychowanie ludziom, którzy dziecka mieć nie mogli, a bardzo mieć je pragnęli. I którzy by je zaadoptowali. Nie wybrała tej drogi.

    Wystapiła z klasztoru. Z klasztoru wystąpił także jej ukochany. Najprawdopodobniej targany takimi samymi dramatycznymi rozterkami. Wyjechali z Polski. Gdzie? Jedni powiadają do Anglii. Inni, że do Hiszpanii. Zatarli za sobą ślady.

    Papież dowiedziawszy sie o tym zapłakał. Musiał przeczuwać, że dwoje tak żarliwie oddanych Bogu, tak głęboko przekonanych o swoim powołaniu i z takim oddaniem Bogu służących ludzi musi przeżywać ogromny dramat wewnętrzny. Może modlił się o miłosierdzie dla nich. O wybaczenie. Nie przez pana Boga, ale o to, aby mogli wybaczyć sami sobie.

     Okrutna plotka, która chce zakończenia bajkowego, czyli karzącego każdą zdradę głosi, że on umarł na serce, ona wkrótce potem na raka.

    Ja mam nadzieję, że żyją oboje, ze swoimi dziećmi i czynią nadal wiele dobra. I darzą miłością. Taką, o jakiej pisała wiersze i o jakiej śpiewała była siostra Magdalena – nazaretanka.

     

    Małgorzata Grzesiewicz-Sałacińska

    OLYMPUS DIGITAL CAMERA

    Swoją książkę „Moja babcia Moatina” zadedykowała: „Pamięci Witolda Grzesiewicza, mojego Dziadka i Jana Nelli Grzesiewicza, mojego Taty”.

    Kim był dziadek Małgosi? Urodził sie w Warszawie w 1900 roku, pochodził ze starej i zacnej rodziny ziemiańskiej. W 1923 roku wyjechał do Francji, gdzie studiował na Akademii Handlowej.  Jako jej absolwent otrzymał kontrakt od Francuskiej Kompanii Górnego i Dolnego Konga  (CFHBC) i w 1929 roku wyjechał – jako agent tej Kompanii – do Afryki. Dość szybko awansował i wreszcie otrzymał stanowisko kierownika faktorii Loboko, najważniejszej placówki CFHBC w Kongo. Wiele podróżował, chętnie polował i … fotografował. Jego albumy – pełne naprawdę znakomitych zdjęć – wydał w latach dwutysięcznych jego najmłodszy syn Ludwik. Dla afrykanistów zarówno opisy Afryki, jak i te zdjęcia maja zapewne nieoceniona wartość.

    Podczas pobytu w  kraju (?) zamieszkiwanym przez lud Bekuele poznał i – jak to się dziś powiada – wziął sobie partnerkę, młodziutką Moatinę (Monayetin’ę). Nie byle jaką panienkę, bo najmłodszą wprawdzie, a więc nie najwyższą w cenie – córkę króla ludu Bekuele. W naszej nomenklaturze – księżniczkę. Pozostały jej zdjęcia. Delikatna, pełna wdzięku najpierw niemal dziewczynka, potem bardzo młoda kobieta. Prześliczna, Moatina urodziła Witoldowi Grzesiewiczowi syna, który został ochrzczony w Brazzeville i otrzymał imiona Jan Nelli.

    Ojciec bardzo synka kochał i wychowywał go z myślą o zabraniu do Europy – może Francji, może Polski. W każdym razie po wyrośnięciu z niemowlęctwa Jaś spędzał znacznie więcej czasu ze swoim białym ojcem, aniżeli ciemnoskóra matka i jej współplemieńcami. W 1938 roku Witold Grzesiewicz opuścił Afrykę, zabierając syna ze sobą.

    Nie wiadomo, jakie uczucia towarzyszyły rozłące Witolda i Moatiny. Jeszcze mniej wiadomo o przebiegu rozstania matki z pięcioletnim wówczas synkiem. Czy Moatina liczyła, że go jeszcze zobaczy? Czy zdawała sobie sprawę, że rozstaje się  z nim na zawsze?

    Nie tylko nigdy go nie zobaczyła, ale nawet nigdy nie dowiedziała sie jakie były jego losy. Bo w rok później wybuchła II wojna światowa i przekreśliła możliwość jakichkolwiek kontaktów pomiędzy rodzicami Jasia, a także pomiędzy nim i jego matką. Najbardziej tragiczne, że Moatina nie znała powodów tego zerwania. Ona nie wiedziała, że gdzieś tam, za górami, za lasami i morzami, w jakiejś Europie toczy się jakaś wojna.

    Losy Jasia podczas tej wojny nie były lekkie. Nie był typem aryjczyka, nie miał jasnej skóry, blond włosów i niebieskich oczu. Utrzymywano go więc w ukryciu przed niemieckimi oczyma, w majątku dziadków.

    Tymczasem Witold Grzesiewicz ułożył sobie rodzinne życie z Polką, miał z nią dwóch synów. Jan był wprawdzie nadal przez niego kochany, ale z macochą stosunki nie układały się sielankowo. Tak więc nie poznał w swoim życiu matczynej czułości. Nawet jej namiastki.

    Ale po okresie młodzieńczych „błędów i wypaczeń” ukończył szkołę i ustatkował się. Założył szczęśliwą rodzinę, miał dwójkę bardzo udanych i utalentowanych dzieci.

    Jego córka Małgosia była bratanicą mojego pierwszego chłopaka i zarazem pierwszego i idealnego partnera tanecznego. Mojej tanecznej „dwójcy”. I choć do swojego o siedem lat starszego od niej stryja mówiła po imieniu, do mnie zwracała się ciociu. Aż do końca życia. A ja traktowałam ją jakby istotnie była moją kuzynką.

    Małgorzata ukończyła Państwową Szkołę Muzyczną II stopnia, a następnie Państwowa Szkołę Muzyczną – Wydział Kompozycji, Teorii i Dyrygentury. Nie została jednak ani znana kompozytorka, ani znanym dyrygentem. Została znaną śpiewaczką. Znana przede wszystkim z bardzo charakterystycznego, niezwykle ciekawego głosu. O rzadko albo rzadziej niż rzadko spotykanej w Europie barwie. To zapewne afrykańskie geny dawały jej ten szczególny, bardzo ciepły, niski i powiedziałabym – nieco egzotyczny ton. Lubiła gospel, lubiła afrykańskie instrumenty i afrykańskie pieśni. ze swoimi koncertami występowała i w Polsce, i za granicą. Także w Afryce. I przez całe swoje dorosłe życie pragnęła choć raz zobaczyć swoją babcię – Moatinę. Jak mówiła czasem – chciałabym usiąść na jej kolanach, tak jak siadają na kolanach swoich babć wszystkie wnuki świata”. Znajomi śmieli się dobrotliwie z tego marzenia. Bo Małgosia była kobieta wysoka i dobrze zbudowana, a jej afrykańska babcia – jak wynikało ze zdjęć – była kruchutka. A zważywszy na upływ czasu – pewnie jeszcze bardziej drobna i krucha.

    O Moatinie przez wszystkie mijające lata musiał też myśleć Witold Grzesiewicz. Wprawdzie po wojnie przebywał w Afryce, na placówce w Mali, ale był tam wówczas z polska żoną, bardzo nie tylko o Moatinę, ale nawet o pamięć o Moatinie zazdrosną. Tym niemniej w wieku 78 lat, jako całkiem stary człowiek, wybrał się ponownie w podróż do Afryki, szukał śladów swego dawnego życia. „Wrócił smutny i milczący – wspomina w książce Małgorzata Grzesiewicz-Sałacińska. – Chciał odnaleźć Moatinę, która powróciła do rodzinnej wioski niedaleko miasta Quesso, w dzisiejszej Republice Kongo.  Podczas postoju statku w kongijskim porcie Pointe-Noire  udał się samolotem do Quesso. Tam powiedziano mu, że Moatina już nie żyje. Zapewne ani on, ani mój ojciec Jan Nelli (zmarł w 1999 roku) nie przypuszczali, że po latach to ja odnajdę rodzinę babci Moatiny i dowiem się, że umarła 3 listopada 1994 roku. Kiedy więc dziadek w roku 1978 przybył do Quesso, żyła i mieszkała w Lango, pobliskiej wiosce”.

    Swoje przygotowania do wyprawy do Afryki, swoje poszukiwania babci i jej rodziny i wreszcie daleką i pełna przygód podróż Małgosia opisała pięknie i barwnie w książce „Moja babcia, Moatina”. Nie mogła wprawdzie usiąść na jej kolanach i przytulic się do niej, ale zrealizowała swoje dziecinne marzenie siadają na kolanach i tuląc się do swojej ciotecznej babci. Afrykańska rodzina powitała ją bardzo, bardzo serdecznie. I – o ile wiem – do końca swego krótkiego życia Małgosia utrzymywała z nią równie serdeczny kontakt.

    Wkrótce po tej podróży i po tym spotkaniu Małgosia zachorowała na raka. Była młoda, była silna. Wydawało się – wygra z choroba. Ale bardzo szybko przegrała. Zmarła w 2009 roku w wieku czterdziestu siedmiu lat.

    Wyjeżdżając z Afryki poszła na grób swojej babci, aby położyć na nim kwiaty. Prosiła, aby w jej imieniu rodzina kładła kwiaty także po jej wyjeździe. Od niej.

    Teraz już pewnie kwiaty na grobie Moatiny nie są już potrzebne. Babcia i wnuczka odnalazły się na zawsze. Kiedy myślę o Małgosi, słyszę słowa z naszej ostatniej rozmowy. Jeszcze wprawdzie wierzyła, że wyzdrowieje, ale zarazem – jakby na wszelki wypadek -dodała: ” Jakby się nie udało, to nie ma sie czego bać. Czeka na mnie mój uwielbiany tata, no i kolana babci Moatiny”.

    Rozdział 4

    Marek opowiadał potem księdzu Leszkowi Pawlikowskiemu, że po Wigilii spędzonej w „Malwinie” w 1981 roku uwierzył w cud rozmnożenia i to nie tylko chleba, ryb czy wina, ale także poduszek, pierzyn i kołder.

    – Powiedz mi – mówił do Andrzeja, kiedy Janisia i Joanna przygotowywały posłania dla swoich licznych gości – czy ty wiedziałeś, że w twoim domu jest aż tyle pościeli? Czy Aśka handluje na boku tym towarem? Czy tylko inwestuje w poduszki, koce i bieliznę pościelową?

    – Być może to część wiana mojej żony – powiedział Andrzej. – W starych książkach coś tam jest o stosownej liczbie puchowych pierzyn i poduszek, jakie przyzwoita panna wnosi w posagu. Widocznie moja przyzwoita panna wniosła.

    – Ty się nie zastanawiaj nad moimi poduszkami – ucięła Joanna – ale rozwiąż lepiej problem logistyczny: kto ma z kim i gdzie spać.

    – Ja mogę z tobą, Asiu – zaofiarował się Marek. – Bo skoro Jędrek taki zainfekowany, to powinien spać w izolatce.

    –     No właśnie – podjęła Joanna nie komentując otrzymanej propozycji. – Jest nadal strasznie zaziębiony. Zajrzyj mu do gardła i jeśli możesz, posłuchaj raz jeszcze, czy mu nie skrzypi w oskrzelach. Mnie się wydaje, że skrzypi.

    – Asiu – zaprotestował Marek. – Mówiłem ci sto razy, że moim zdaniem on kaszle z powodu zapalenia zatok. Ropna wydzielina spływa mu do gardła i drażni je. Ale naprawdę to nie wiem, co mu jest ani gdzie i co mu skrzypi.

    Joanna pominęła tyradę Marka.

    – Mimo to obejrzyj mu gardło i osłuchaj oskrzela.

    – Równie dobrze mógłbym dyskutować z wiatrem albo deszczem – westchnął Marek. – Ty, Jędrek, masz tak zawsze?

    – Ja mam tak zawsze – potwierdził Andrzej.

    – No to chyba jednak się nie ożenię – orzekł Marek. – Obejdę się jakoś bez wiana z dwustu poduszek.

    Ale obejrzał gardło przyjaciela i osłuchał jego płuca.

    – Mogę zrewidować waszą apteczkę? – spytał.

    – Możesz – powiedziała Joanna. – Ja idę układać gości do snu.

    Kiedy wróciła do sypialni Marek i Andrzej rozmawiali z Rafciem. Rafcio był czerwony na twarzy i cały się trząsł. W pierwszej chwili Joanna pomyślała, że z gniewu, ale kiedy zobaczyła jego oczy, zrozumiała: Rafcio czuje się straszliwie dotknięty i upokorzony.

    – Co się stało? – spytała.

    Rafcio rzucił się do niej jak dziecko szukające obrony przed niesprawiedliwością i krzywdą.

    – Pani becenasowo, czy ja wyglądam na mendę?

    Joanna zdębiała.

    – Pani mecenasowa – powiedział Marek – nie wie, jak wygląda menda.

    Rafcio nie zrozumiał, a tym bardziej nie docenił żartu. Już nie czerwony, ale posiniały z wściekłości niemal rzucił się na Marka. Joanna w ostatniej chwili chwyciła go za ramię. Przytrzymała.

    – Panowie – powiedziała próbując opanować sytuację – możecie mi po ludzku powiedzieć, o co wam chodzi?

    – Podejrzewają, że ja mogę kablować – rozżalił się Rafcio.

    – Nieprawda – odrzekł sucho Andrzej. – Spytaliśmy cię tylko, czy w razie czego nie sypniesz.

    – Ja? – Rafcio aż chrypiał z oburzenia.  – Może u wasz się sypie, ale w moim fachu kabel długo nie żyje. a już na politycznego donosić… U nasz może prawa waszego się nie uważa, ale za to mamy własne. I dla nasz ono jest święte.

    Joanna oceniła sytuacje jako bardzo poważną.

    – Samiście mendy – powiedziała do Marka i Andrzeja. – Stawiam głowę za Rafcia.

    Spojrzała na męża. On na nią. Nie wyglądał na rozgniewanego. raczej rozbawionego. Nigdy jeszcze nie słyszał w ustach żony wyrazu „menda”. I podobnie jak Marek wcale nie był pewien, czy Joanna wie co ten wyraz oznacza.

    – Temperamencik! – powiedział Marek. – No, panie Rafale, pozazdrościć panu obrońcy. Założę się, że nikt jeszcze tak za panem nie stawał.

    Rafcio pocałował Joannę w rękę.

    – No, dobra – powiedział Andrzej. – Przepraszam cię, Rafał.

    Rafciowi jakby kamień spadł z serca.

    – Przykrość mi pan becenas wielką sprawił, ale już zapomniałem.

    I wyszedł. Marek zaczął się śmiać.

    – Aśka, jeden twój jęk, choćby i najwyższej rozkoszy, a ten twój bodyguard poderżnie Jędrkowi gardło.

    –Zakleję jej usta plastrem – powiedział Andrzej.

    – Przestańcie – zirytowała się. – Lepiej pogadajcie z panem… zawahała się. – …Kazimierczakiem. Co dalej zamierza robić?

    – No to go dawaj. I może Martę, bo ona biegła w konspiracji.

    Ale kiedy Joanna poszła szukać pana Baranowskiego vel Kazimierczaka, okazało się, że śpi już spokojnie i smacznie na otomanie w górnym salonie. Pomyślała, że trzeba mieć naprawdę bardzo czyste sumienie i naprawdę stalowe nerwy, aby w takiej sytuacji móc zasnąć tak szybko i tak mocno. Wróciła do sypialni.

    – Śpi – powiedziała.

    – No tak… – westchnął Andrzej. – Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś. I to ja będę należał do tych nieśpiących. Ale jeśli i jego „ogon”, to już gorzej.

    – Psy nie szczekają – zauważyła Joanna. – Jakby ktoś się kręcił w promieniu stu metrów od domu, Mars dałby znać.

    – Mogli – powiedziała Marta – zostawić go w spokoju przez noc, a nawet na jeden czy dwa dni, a dopiero po świętach go zwiną.

    – No to mnie pocieszyłaś – zdenerwowała się Joanna. – Na szczęście mam Rafcia. Jeśli nie jest – jak to określili nasi panowie – „mendą”, to wyczuwa „ogony” lepiej niż psy. Byłam z nim raz na targu. Od razu rozeznał tych „ze swojej branży”, ale pokazał mi też miejscowe kable.

    – Może chciał ci tylko zaimponować? – powiedziała Marta.

    – Może, ale jak im się przyjrzałam, to nabrałam niemal pewności, że on ma rację. Jednego z nich spotkaliśmy w lesie i oba psy toczyły pianę na jego widok. a one tak reagują na mundurowych. Także na mundurowych w cywilu.

    -  Coś w tym jest – powiedział Marek. – Mój sąsiad, znany Aśce wyrwiząb, przygarnął psa ze schroniska. Teraz pies przyzwyczajony jest do codziennych wizyt pacjentów. Zwykle łasi się, żebrze o cukierki. A kiedyś – diabeł w niego wstąpił. Zobaczył faceta, niby tylko z próchnicą. Omal go nie zagryzł. Pacjent okazał się funkcjonariuszem. Nie był na służbie, więc ubrany normalnie. Sweter, dżinsy. Jak ten cholerny pies go wyczuł – zagadka. Może ubole pocą się inaczej?

    – Rafcio ich nie wącha – odrzekła Joanna – a mimo to poznaje.

    – No to go wyślijcie rano, najlepiej z psami, niech się rozejrzy po okolicy – powiedział Marek. – Jak zobaczy podejrzańca, to spuści Marsa ze smyczy i będziecie mieli świeże mięso dla zwierząt na dłuższy czas. A oszczędna Joaśka to i pierożki mięskiem nadzieje.

    Joanna roześmiała się.

    – Jesteś obrzydliwy.

    Wzruszył ramionami.

    – Ale Mars nie jest. Szczur, kot czy kapuś – dla niego bez różnicy. A ja w pierożkach waćpanny to i ubeka bym zjadł.

    Poszli spać dobrze po drugiej. Niczego nie ustaliwszy.

    – Wiesz o czym marzę? – spytał Andrzej, leżąc w łóżku z rękami zaplecionymi pod głową.

    – No, domyślam się.

    – Ty też o tym marzysz?

    – Ja też.

    – I myślisz, że nadejdzie taki wymarzony przez nas dzień?

    – Bo ja wiem – odpowiedziała sennie. – Postarajmy się mieć nadzieję.

    Wszyscy pozostali w „Malwinie” przez pierwszy dzień świąt. Pozjadali resztki pozostałe z Wigilii. Potem, w porze obiadu, Joanna zaserwowała pachnącego majerankiem, nadziewanego grzybami i jajami na twardo klopsa. Popili czerwonym barszczem. Zjedli babeczki z bitą śmietaną. Andrzej grał na pianinie, a Marek śpiewał kolędy wspierany niezbyt zgranym, ale nader ochoczym chórem gości. No i w rezultacie nikt nie pojechał do domu. Wszyscy nocowali w „Malwinie” tak, jak poprzedniego dnia. Drugiego dnia świąt Andrzej wysłał Rafcia na rekonesans. Rafcio wziął obydwa psy i poszedł, jak mówił, „na obchód”. Marek zaczął zbierać się do wyjazdu.

    – A ty dokąd? – spytała Joanna. – Będziesz sam sie dział w pustym domu?

    – Nie będę siedział w pustym domu. Jadę do Baśki.

    – Marek…

    – Co – Marek? Nie patrz na mnie tak groźnie. Jeśli Basia się jeszcze nie dość wypłakała, to trzeba jej pozwolić, aby się do końca wyżaliła.

    – W twoich ramionach?

    – Masz coś przeciwko moim ramionom? – spytał.

    – Ale…

    – Aśka, nic nie kombinuj. Basia jest w ciąży.

    Joanna zdębiała.

    – Od kiedy?

    – Pohamuj swoje niestosowne podejrzenia. To już dwanaście tygodni. Marcin nie traci czasu tak, jak ten twój leniuch.

    – Nic mi nie mówiła – powiedziała Joanna, lekko westchnąwszy na wzmiankę o „swoim leniuchu”. I z jawną zazdrością o ciążę przyjaciółki. – To może i ja powinnam do niej pojechać? Jak ona sobie da z tym wszystkim radę?

    – Na pewno powinnaś do niej pojechać – powiedział Marek. – Ale dziś siedź w domu. Masz tu niezły pasztet i nie mówię bynajmniej o tym z piecyka.

    TO JEST JEDNORAZOWE ODSTĘPSTWO OD CYKLU „LUDZIE ZWYCZAJNIE NIEZWYCZAJNI”. ZAMIAST – FRAGMENT MOJEJ NOWEJ KSIĄŻKI „PRZERWA NA ŻYCIE” 

    „Przerwa na życie” to kontynuacja „Obietnicy”, pierwszej części cyklu „Wschody i zachody”. Poznajemy dalsze losy Joanny, która wiedzie spokojne życie u boku Andrzeja. Dla mieszkańców willi „Malwina” nadchodzi jednak ciężki czas. Czy dziejowa zawierucha ominie rodzinę Joanny i jej najbliższych? Gorąco polecamy!

    WiZ-okladka002

    Andrzej wyjechał w piątek do Poznania. Miał wrócić w niedzielę lub w poniedziałek, ponieważ po sesji naukowej obchodzono jubileusz jednego z kolegów-prawników. Andrzej dopuszczał możliwość, a Joanna miała pewność, że w związku z tymi nieoficjalnymi obchodami jej mąż może poczuć się nieco lub całkiem niedysponowany do odbywania podróży.
    W niedzielę rano obudził „Malwinę” dzwonek do furtki. Psy rozszczekały się, ale nie tak, jak na kogoś obcego. W poszczekiwaniu Marsa brzmiały całkiem przyjazne tony. Janisia i Joanna, obie w szlafrokach, spotkały się w hallu. Janisia otworzyła drzwi i wyjrzała na zewnątrz. Przy furtce stał ich najbliższy sąsiad. Znali się od dziesiątków lat, ale nie odwiedzali o tak wczesnej porze. Sąsiad stał jednak przy furtce i dawał znaki, aby kobiety ją jak najszybciej otworzyły.
    – Momencik – zawołała Joanna. – Tylko założę coś na siebie.
    Był trzynasty grudnia 1981 roku i siarczysty mróz.

    Zarzuciła kożuch, omotała głowę wełnianym szalikiem, nogi wsunęła w futrzane kozaki. Otworzyła furtkę. Sąsiad minął Joannę i wbiegł do „Malwiny”.

    – Co się stało, panie Czesławie? – spytała Janisia, bardzo już teraz zaniepokojona nie tylko wizytą, ale i miną pana Czesława Rachwalskiego.
    – Jest pan Andrzej? – spytał.
    – Nie – odpowiedziała Joanna zrzucając kożuch. – Jest w Poznaniu.
    – I nie wiecie, co się dzieje?
    Obie kobiety spojrzały na niego bez słowa. Nie miały pojęcia, co się dzieje. W ich mniemaniu nic szczególnego się nie działo.
    – W nocy ogłoszono stan wojenny. Nie ma telefonów, właściwie nic normalnie nie działa. Wojsko na ulicach. No i masowe aresztowania. Z Józefowa zabrano przynajmniej kilkanaście osób. Pod wasz dom nie zajechała żadna „suka”, więc pomyślałem, że pan Andrzej ocalał.
    Joanna struchlała.
    – Ocalał?
    – No, nie zabrali go…
    – A gdzie…
    Zabrakło jej tchu.
    – …gdzie mogliby go zabrać?
    Pan Czesław Rachwalski wzruszył ramionami.
    – Cholera wie, co się z nimi, czyli tymi aresztowanymi, dzieje. Po prostu podjeżdżali pod dom i zabierali człowieka tak jak stał. No, czasem pozwalali się trochę odziać. Jak za Niemca.
    Janisia i Joanna nie mogły dojść do siebie.
    – I kogo stąd, to znaczy z naszej okolicy, zabrali? – spytała Janisia.
    – Kozłowskiego. I tego, co bliżej stacji mieszka. Jak mu tam? Żułkiewicz?
    – Żułkiewicza? – zdumiała się Janisia. – Przecież to nasz milicjant.

    – No, nie tego. Jego brata. A poza tym czy to wiadomo kogo biorą, za co i po co? No i dokąd wywożą? Podobno Wałęsę i całą wierchuszkę Solidarności zamknęli. Ale i swoich. Gierka, Jaroszewicza…
    – Matko Boska! – jęknęła Janisia. – Wałęsę?
    – Włączcie telewizor – poradził pan Rachwalski. – Cały czas tylko o tym gadają. W kółko mówią, za co grozi kara śmierci. Wydaje się, że za wszystko. Nawet za to, że człowiek w ogóle żyje. Mówię – jak za Niemca.
    Machnął ręką. Gdyby byli w ogrodzie, to pewnie by splunął.
    – Szlag by to wszystko najjaśniejszy…
    Joanna i Janisia stały jak sparaliżowane.
    – A pan Andrzej – ciągnął sąsiad – to nie wiem, jak i kiedy wróci, bo jest zakaz poruszania się po terenie kraju. Można jeździć tylko ze specjalnymi przepustkami.
    – Co takiego? – przeraziła się Joanna. – To do Warszawy też nie można?
    – Do Warszawy to chyba od nas można. No bo od Falenicy to przecież już Warszawa, więc może i Józefów też jeszcze w tej strefie. Ale cholera ich wie.
    Poszedł do domu, zostawiając Joannę i Janisię w całkowitym osłupieniu. Obie drżały, ale bardziej z przerażenia niż z chłodu.
    – Chodź – powiedziała Janisia. – Włączymy telewizor.
    Wysłuchały komunikatu i przeraziły się jeszcze bardziej.
    – Z Zrób gorącej herbaty – powiedziała Joanna. – Ubiorę się i spróbuję dostać do Warszawy. Do rodziców, Ryśków, Marka, Basi… Przecież ktoś coś musi wiedzieć. Ale jak odnaleźć Andrzeja, nie wiem.
    I rozpłakała się.
    Janisia starała się zapanować nad sobą i myśleć racjonalnie.

    – Znasz któregoś z prawników, którzy razem z Jędrkiem pojechali do Poznania? – spytała. – Może któryś z nich wrócił.
    – Nie znam – odparła Joanna, która mimo wysiłków nie była w stanie ani się opanować, ani myśleć racjonalnie. – Może Halinka wie. Pojadę do niej.
    Ale zanim pojechała, Halinka Roy zjawiła się w „Malwinie”. A równocześnie z Halinką – Marek. Okazało się, że przyjechali tym samym pociągiem. Przed dziewiątą rano przybył też pan Michał Ostrowski, a w godzinę po nim rozszlochana Basia. Każde z nich pytało, czy Andrzej jest w domu.
    Joanna poszła do kuchni, aby postawić wodę na herbatę. Wszyscy byli podwójnie zziębnięci – i z powodu mrozu, i z powodu zdenerwowania.
    Pani Halinka wiedziała, którzy z warszawskich prawników brali udział w poznańskim seminarium, ale zdołała dotrzeć tylko pod jeden adres. I dowiedziała się, że ten adwokat, podobnie jak Andrzej, do Warszawy jeszcze nie wrócił. Trudno było wnioskować, czy jest to wiadomość pocieszająca, czy przeciwnie – zdecydowanie zła.
    – Pojechał też chyba mecenas Mayer – powiedziała. – Ale po pierwsze nie wiem, gdzie mieszka, po drugie nie wiem na pewno, czy on tam był.
    Marek przywiózł zdecydowanie złą wiadomość. Zaraz po północy aresztowano Martę. Ryszard wysłał na ulicę Narbutta kuriera – swojego kilkunastoletniego sąsiada – z prośbą, aby Marek dał znać Andrzejowi. Sam Ryś najwidoczniej nie mógł opuścić domu. Janisia zaczęła zachodzić w głowę, co to może być. Areszt domowy? Teściowa w szoku? Któreś z dzieci chore? Z jednej strony chciała natychmiast tam jechać, z drugiej nie chciała zostawiać Joanny szalejącej z niepokoju o Andrzeja. Powtarzała więc w kółko: „Jezus Maria”. Joanna przestała się w ogóle odzywać.
    Pan Ostrowski już od progu pytał, czy w domu jest dużo „trefnych rzeczy”. Joanna skinęła głową.
    – No pewnie – powiedziała Janisia. – Jak w każdym.
    – Gdzie najwięcej?
    – No, wszędzie. Przez ten rok nazbierało się… I nikt nie chował po kątach. Wydawało się, że wolno przecież było…
    – Wydawało się – powiedział z goryczą pan Ostrowski i zażądał dużego worka.
    Rozpoczął systematyczne przeszukiwanie domu, pokój po pokoju.
    – Tato – powiedziała Joanna – nie dasz rady. To, jak powiedziała Janisia, jest wszędzie.
    Ale pan Ostrowski, niezrażony, dokonywał swoistych „czystek”. Worek został napełniony bardzo szybko i Janisia musiała wyciągać z garażu następny.
    Basia już w progu wpadła w ramiona Marka. Zanosiła się od płaczu.
    – Zabrali Marcina – szlochała. – A ponieważ stawiał opór, to go zbili. Spałowali go na moich oczach. I na oczach Bartusia. Boże Miłosierny! I co teraz z nim będzie? Co z nami będzie?
    Marek posadził Basię na kanapie i próbował delikatnie oswobodzić się z jej paraliżującego uścisku.
    – Kochanie – powiedział łagodnie i takim tonem, jakim zwracał się do niej niegdyś – gdyby nawet Andrzej był w domu, zapewne niewiele mógłby ci pomóc. To już raczej twój teść…
    Basia rozszlochała się jeszcze głośniej.
    – Ale go nie ma. Zmobilizowali go już kilka dni temu. Teściowa nawet nie wie, gdzie on jest. A jak się próbowała dowiedzieć, to powiedzieli, że tajemnica wojskowa. I teściowa boi się powiedzieć swoim znajomym, co się stało z Marcinem, bo kto wie, co te bydlaki mogliby zrobić ojcu. Za syna…
    – No, fakt – przyznał Marek nie komentując opinii o „tych bydlakach”, do których Basia najwyraźniej nie zaliczała swojego teścia. – Sytuacja jest istotnie bardzo skomplikowana.
    Mały Piotruś plątał się wszystkim pod nogami. Pociągnął matkę za spódnicę.
    – Tata? – pytał. – Gdzie tata?
    Joanna wzięła go na ręce. Przytuliła.
    – Wróci – powiedziała, ale widocznie bez oczekiwanego przez synka przekonania, bo małemu zadrżała bródka.
    – Chodź – powiedział Marek i wziął dziecko z rąk matki. – Zajrzymy do gabinetu taty i zobaczymy, czy okręty stoją każdy na swoim miejscu.
    Patrząc na zalaną łzami twarz Joanny, westchnął.
    – Asiu, pocieszę małego, a potem zabiorę Basię, odholuję ją do domu i pojadę do Ryśka. Choć nie mam pojęcia, w czym mógłbym mu pomóc.
    – Mnie też jesteś potrzebny – zaszlochała. – Ale masz rację. Jedź do Ryśka. Powiedz mu, co u nas się dzieje. A właściwie, że nie wiadomo co się dzieje.
    Pan Ostrowski napełnił trzeci worek.
    Dochodziło już południe. Janisia słysząc o zamiarze wyjazdu Marka i Basi, przygotowała gar żuru z kartoflami, żeby – jak mówiła – nie wychodzili na mróz i na niewiadome z pustym brzuchem. Joanna chciała nakryć stół w jadalni, ale wszyscy woleli zostać w kuchni. Jedli w milczeniu. Każdy zajęty swoją własną, a zarazem wspólną myślą. A także własną i wspólną zgryzotą.
    Marek wstał pierwszy.

    – Zbieraj się, Baśka – powiedział. – Zanim cię odwiozę do domu i dotelepię się do Ryśka, a wreszcie do siebie, to będzie już ta cholerna godzina policyjna.
    – To ja pojadę z państwem – powiedziała Halinka Roy. – Będzie mi raźniej. Bo przyznam, że samej, to jakoś tak w tym wszystkim nieporęcznie.
    Joanna odprowadziła ich do hallu.
    – Ryśkowi powiedz – zarządziła Janisia – żeby przywiózł dzieci do „Malwiny”. Wydaje się, że mimo wszystko tu będzie troszkę zaciszniej.
    Marek pocałował Joannę, zmierzwił jej potargane włosy.
    – Nie wiem, jak teraz należy się żegnać.
    – Powiedz, jak zawsze, swoje „adios” – odrzekła Joanna. – Niech ocaleje choć jeden element normalności.
    Ale nie wydawało się, aby ocalał choćby jeden.

    prof. Franciszek Staff

    Jeśli zajrzy się do encyklopedii lub Wikipedii można dostać zawrotu głowy od wszystkich wymienionych (a nie wszystkie są wymienione) umiejętności, kierunków i miejsc studiów, nazw uniwersytetów, instytutów, innych uczelni i placówek, na których prof. Franciszek Staff się kształcił, na których wykładał lub które zakładał. Indeks jego prac jest tak długi, że ich przytaczanie przekroczyłoby pewnie możliwości pamięci nawet i tego komputera. Jednym słowem był postacią, o jakich się powiada – renesansowa.

    Urodził się we Lwowie, tam ukończył szkołę średnią, na tamtejszym uniwersytecie studiował filozofię. Potem jednak zainteresowała go biologia wód i ichtiologia. Uzupełniał więc swoją naukę na Uniwersytecie Wiedeńskim i Monachijskim, a praktyczną wiedzę zdobywał w Stacji Zoologicznej w Trieście i w Królewskiej Bawarskiej Stacji Rybactwa  oraz Królewski Pruskim Instytucie Rybactwa Śródlądowego  w Friedrichshagen. W tym czasie wiele publikował i uzyskał doktorat o…rozwoju embrionalnym pierścienic. W wieku (zaledwie) dwudziestu sześciu lat był juz międzynarodową ichtiologiczną sławą. Kiedy więc wrócil do Polski powierzono mu katedrę hydrobiologii i rybactwa w Studium Rolniczym Uniwersytetu Jagiellońskiego, kierownictwo Krajowego Towarzystwa Rybackiego i zorganizowanie pierwszej w Polsce Biologicznej Stacji Doświadczalnej Rybackiej w Rudzie Malenieckiej. Uff!  Trudno chyba o inny przykład tak szybkiej i tak błyskotliwej kariery naukowej.

    Ale ja nie będę pisała o jego dokonaniach naukowych, choć jego wiedza – z każdej dziedziny – nie tylko mogła, ale musiała imponować każdemu, kto się z nim zetknął. Charakterystyczne było, że Franciszek Staff uważał, że każdy człowiek, z którym rozmawia wie przynajmniej tyle co on i o rybach, i o meteorologii, i o fizyce, i o astronomii, i o filozofii, i o psychologii, i o historii, i o geografii. No i o sztuce. A zwłaszcza (choć nie tylko literaturze). W końcu był rodzonym bratem naszego Księcia Poetów, Leopolda Staffa.

    Miał trzech synów. Jeden z nich, Andrzej, był równie jak ojciec inteligentny i błyskotliwy, a podobnie jak stryj – utalentowany. Pisywał wiersze, ale główna jego pasją było malarstwo. Andrzej był człowiekiem nieco (mocno?) ekscentrycznym. Podobno chadzał na spacery po lwowskich ulicach z kotem na smyczy i budzikiem zawieszonym na szyi. Ale nikt się temu specjalnie nie dziwował. Bratanek  s a m e g o   Leopolda Staffa! Takiemu wiele się wybacza.

    Andrzej wybrał sobie na żonę śliczną, eteryczną i – jak się wówczas mawiało – „wysoce ukształconą” pannę Zosię Gajlównę. Zosia była daleką kuzynką, ale za to najbliższą przyjaciółką mojej przyszłej teściowej. Obie niemal równocześnie wyszły za mąż i mniej więcej w tym samym czasie urodziły synków. I wszystko układało się jak w bajce. Ostatnie zdjęcie, jakie z tego bajkowego okresu pozostało w naszych rodzinnych zbiorach pochodzi z czasów przedpowstaniowych. Na werandzie warszawskiej willi Andrzeja i Zosi Staffów ich rodzina i przyjaciele. Wszyscy rozbawieni, roześmiani. Jeszcze wciąż – mimo otaczającej ich grozy – szczęśliwi.

    31 lipca 1944 r. Zosia Staffowa wybrała się z Mokotowa, gdzie znajdowała sie jej willa, na Czerniaków. Chciała przywitać cudem wypuszczoną z Pawiaka inna jeszcze wspólną przyjaciółkę – swoją i Wandy Makowskiej – legendarną („Pięć lat ostrego dyzuru”) Marysię Kopciównę, która – mimo, że skazana na karę śmierci – ofiarnie pełniła rolę lekarki w tym strasznym miejscu. Zosia do swego domu już nigdy nie wróciła. Bo 1 sierpnia wybuchło Powstanie i uniemożliwiło jej powrót do męża i malutkich wówczas synków – Andrzejka jr. i Macieja.

    Przeżyła Powstanie i wraz z ocalałą ludnością cywilną dotarła do obozu w Pruszkowie. Stamtąd udało jej się uciec. Dotarła do Milanówka, do willi moich teściów, gdzie przebywało już trzydziestu kilku innych warszawskich wygnańców. Wszyscy czekali – na bliskich lub przynajmniej na wiadomości o bliskich. Czekała i Zosia.

    Wiadomość nadeszła w momencie, kiedy nie było jej w domu. Do „Maniusi” nie tyle przyszła co przyczołgała się kilkunastoletnia niania Andrzejka i Maciusia Staffów, straszliwie poraniona fizycznie i psychicznie. Opowiedziała, co wydarzyło się w domu Zosi i Andrzeja. Całej tej historii nikt nigdy nie opowiedział Zofii. Nie była to historia, po której dało by się dalej żyć.

    W jej willi w czasie powstańczych walk przebywało kilkanaście osób. Oprócz męża i dzieci próbowały znaleźć w niej schronienie kuzynki Zosi – jej ciotka ze swoją  młodziutką córką, inni bliscy znajomi, pozbawieni własnych domów i dobytku.

    Ci, którzy przyszli byli popularnie nazywani Własowcami (obecnie mówi się RONA) i uchodzący za moralnych potworów i niewyobrażalnych okrutników. Najpierw „zabawili” się – gwałcąc kobiety i masakrując mężczyzn. Potem wpędzili wszystkich do piwnicy i obrzucili granatami. Niania Zosinych synków wbiegła do piwnicy pierwsza i zdołała wskoczyć do ogromnego żeliwnego kotła. Dzięki temu ocalała. Reszta – zginęła od rozrywających się granatów. Nie wszyscy od razu. Dziewczyna przez całą noc słyszała jęki i błagania o pomoc. Najdłużej umierał malutki Maciuś. Ale kiedy jego niania – po przesiedzeniu w kotle całej doby – odważyła się z niego wydostać, on także już nie żył. Na szczęście – bo był potwornie okaleczony.

    W Milanówku nikt nie chciał podjąć się roli informatora. Nianię umieszczono w miejscowym quasi-szpitaliku. Zosia – nieświadoma tragedii, jaka się wydarzyła nadal cierpliwie i z nadzieją czekała na ”swoich”. Pozostali mieszkańcy milanowskiej willi „Maniusia” wiedzieli jak bardzo daremne jest to czekanie.

    No i stali się. Moja teściowa odprawiła swoich dwóch synków, rówieśników Andrzejka i Maciusia Staffów, żeby samym swoim istnieniem nie powiększali bólu Zosi i powiedziała przyjaciółce co się stało. Oszczędzając jej szczegółów dramatu, jaki rozegrał się w jej domu.

    Pierwsza reakcją było – co w takiej sytuacji naturalne – niedowierzanie. Wypieranie ze świadomości okropnej prawdy.  Zosia po prostu nie uwierzyła i nadal – przez dość długi czas – chciała ufać, że to tylko straszliwe nieporozumienie. Dopiero po konfrontacji z nianią swoich synków zaczęła w jakimś stopniu – ale jeszcze nie całkiem – dopuszczać możliwość, że jej mąż i dzieci nie żyją.

    Czy mogła wtedy lub kiedykolwiek uwierzyć w pełne nadziei, pokrzepiające słowa wiersza napisanego przez stryja, Leopolda Staffa: „Będziemy znowu mieszkać w swoim domu/ będziemy stąpać po swych własnych schodach”? A jednak tak właśnie się stało. Za sprawa jej teścia, Franciszka Staffa.

    Przyjął do swojego domu oszalałą z rozpaczy synową. Otoczył ja opieką, troską, czułością. A potem także miłością . I to nie tylko ojcowską. A Zosia odpłaciła wzajemnością. Pobrali się, byli ze sobą szczęśliwi, urodziła im się córeczka – Elżbieta. Przyrodnia siostra pierwszego męża swojej mamy i zarazem przyrodnia siostra dwóch zamordowanych synów swojej mamy. I jednocześnie – ich stryjenka.

    Happy end? Niestety nie. Zosia Staffowa umarła młodo. Najprawdopodobniej dramatyczne przeżycia mocno nadwątliły jej „od zawsze” słabe zdrowie. Wyznawała mojej teściowej, że choć teoretycznie nie powinna trzymać się kurczowo życia, które przyniosło jej tyle nieszczęść, to jednak bardzo chciałaby żyć. Cieszyć się córeczką, mieć nowy własny dom i znowu „stąpać po swych własnych schodach”.

    Franciszek Staff owdowiawszy po raz drugi, zajęty – jak przez całe życie – swoją pracą i swoja pasja naukową – nie dawał sobie rady z wychowaniem małej dziewczynki. Zatrudnił gospodynię domu i zarazem opiekunkę Elżbietki. Cała rodzina i znajomi polubili panią Gienię. Była kobietą prostą, ale bardzo kulturalną, miłą i serdeczną. Po kilku latach Franciszek Staff ożenił się z nią.

    Moja teściowa do końca życia i Franciszka Staffa i jego trzeciej żony utrzymywała z nimi miłe kontakty. Mój mąż bywał natomiast gościem w domu Staffów ponieważ udzielał pomocy w matematyce i fizyce humanistce-Elżbietce.

    We wspomnieniach jego kolegów i uczniów Franciszek Staff pozostał „przyrodnikiem – humanistą o niezwykle szerokich horyzontach umysłowych, gorącym patriotą, człowiekiem o ustalonych zasadach, nie uznającym moralnych kompromisów”. W naszej pamięci – jako człowiek błyskotliwy, dowcipny, zadziwiający swoją erudycją i miłośnikiem wszelkiego piękna.

    Na obecnym pięknym gmachu dawnej SGGW wyryto jego imię i nazwisko, słusznie upamiętniając jego wybitne zasługi naukowe i dydaktyczne.